Agnieszka do Małgosi,
Małgosia do Agnieszki…


10 stycznia 2010

Małgosiu, witam cię noworocznie i od razu zacznę od pytania: dlaczego uważasz, że małe dzieci w święta są poszkodowane? Ja chyba zapamiętałam coś innego i teraz jak patrzę na to jak Sergiusz przeżywa święta, też raczej się z tobą nie zgodzę. Ale może to dlatego, że w naszej rodzinie święta były jakby specjalnie dla dzieci. To my robiliśmy zabawki, wybieraliśmy drzewko i ubieraliśmy choinkę. My decydowaliśmy wspólnie z rodzicami co znajdzie się na wigilijnym stole i pomagaliśmy w przygotowaniach. Do tego stopnia, że tradycyjną wigilijną potrawą w naszej rodzinie są...frytki i nigdy nie ma karpia, bo nikt go nie lubi. O przepraszam, karp był raz bo mój brat go sobie zażyczył jak miał około 10 lat. Śpiewaliśmy też z rodzicami kolędy, a nawet przez kilka lat przygotowywaliśmy rodzinne jasełka.

Teraz też Sergiusz wiesza z nami bombki, robi pierożki i razem przygotowujemy prezenty. W święta też mamy dla siebie więcej czasu, bo ja mniej pracuję i staramy się ten czas wykorzystać na to, żeby więcej pobyć ze sobą, poleniuchować i odpocząć.

To dlaczego według ciebie dzieci mają być poszkodowane w święta?

Agnieszka


12 stycznia 2010

Agnieszko,

mam wrażenie, że zadałaś mi pytanie, na które sama świetnie znasz odpowiedź i dlatego od razu przytaczasz kontrargumenty z życia Twojej rodziny. Ale ja nie chciałam rozmawiać o Twojej, ani o żadnej innej rodzinie, w której czas świąt i świątecznych przygotowań jest czasem wspólnie i radośnie spędzanym.

No przyznaj szczerze, Agnieszko, czy i Ty choć przez chwilę nie pomyślałaś o innych rodzinach, gdzie tak naprawdę nie wiadomo komu i czemu służą święta, ale z całą pewnością nie małym dzieciom. Nie znasz sama takich rodzin? Ani prywatnie, ani zawodowo?


13 stycznia 2010

Małgosiu kochana,

nie wiesz komu i czemu służą święta? Święta służą kultywowaniu tradycji. A co z tego, że nikt nie lubi karpia. Że nie chcemy wcale spotykać się z niektórymi osobami i wolelibyśmy uciec od nich na biegun północny. Co z tego, że w prezencie kupujemy byle co, bo nie wiemy o czym naprawdę marzą nasi bliscy?

Masz rację. Czasem podczas świąt i świątecznych przygotowań zapominamy, że te święta są przede wszystkim dla nas. A jeśli mamy to szczęście, że jesteśmy dorośli łatwiej nam w tym całym rozgardiaszu wygospodarować jakiś skrawek dla siebie, coś co nam sprawi autentyczną radość. Dzieci muszą liczyć na nas, bo same nie mogą o siebie zadbać. To my, dorośli możemy stworzyć im przestrzeń do tego, żeby czas świętowania był też dla nich czymś ważnym, wyjątkowym i ....przyjemnym.

A co sprawia dzieciom największą radość? Prezenty? Słodycze? Raczej nie. Bardziej chyba wspólnie spędzony czas. Poczucie, że są ważne i potrzebne. Dlatego właśnie dłużej od świątecznego obżarstwa czy stosu prezentów zapamiętujemy samodzielnie robione zabawki, ubieraną choinkę czy wspólnie z rodzicami lepione pierożki. Niewiele rzeczy sprawiło mojemu synowi tyle radości, co wspólnie z mamą umyta podłoga (szczotką i trochę z rozlewaniem wody ;-).

Nie wiem Małgosiu czy spotkałaś się z takim zjawiskiem, bo ja coraz częściej, które nazwałam "syndromem dziecka, które wszystko ma". Choroba ta z niezwykłą energią wybucha właśnie przed świętami. Domyślasz się jakie są objawy?


17 stycznia 2010

Agnieszko,

ale jesteś sarkastyczna!

Ale rzeczywiście czasem trudno inaczej, gdy się ma okazję bliżej przyjrzeć niektórym zjawiskom. Taki mały przykład: rodzice, sami mając wolny dzień w pracy, koniecznie muszą w Wigilię Bożego Narodzenia posłać dziecko na kilka godzin do żłobka czy przedszkola, żeby wszystko przygotować. Albo, gdy dziecko jeszcze niezinstytucjonalizowane, to sadza się je na pół dnia przed włączonym telewizorem, byle tylko nie przypominało o swoim istnieniu.

Pewnie! Co im się będzie gówniarz plątał pod nogami i przeszkadzał! Przecież wiadomo, że tylko kłopot z takim! Oni chcą tu kultywować tradycję, a on tylko czas by zabierał i domagał się uwagi! Lepiej niech sobie posiedzi w instytucji, albo przed szklanym ekranem, a my tu dla niego wszystko pięknie przygotujemy i pokażemy, co i jak należy kultywować!

Sugerujesz, że to ja jestem sarkastyczna? No, rzeczywiście trochę się zapędziłam.

W tym miejscu warto sobie zadać zasadnicze pytanie, po co chcemy (jeśli chcemy) tę całą tradycję w ogóle kultywować? Zawsze mi się wydawało, że to tylko środek do celu, a nie wartość sama w sobie. Niektórzy jednak zdają się o tym zapominać. Cel zresztą w każdej rodzinie może być różnie zdefiniowany, ale chyba się zgodzisz, że wzmacnianie więzów rodzinnych, to na tyle szerokie pojęcie, że mieści się w nim i dobra, wspólna zabawa i poczucie wspólnoty międzypokoleniowej i cała masa innych celów.

A jak myślisz, czy ktoś po latach z rozrzewnieniem wspomina czas spędzony w wyludnionym przedszkolu, albo oglądanie telewizji w wigiliny dzień? Ja osobiście śmiem wątpić.

Całkiem świeży, z życia wzięty przypadek, który mnie powalił na kolana, to tatuś, który w Wigilię tylko na chwilę oddał trzyletnie dziecko pod opiekę wychowawczyń, żeby samemu kupić choinkę (!) Zresztą, jak wiem z relacji, chwila przeciągnęła się do kilku godzin, ale nie to jest istotne. Dla mnie sam tego typu pomysł jest kuriozalny i osobiście bardzo długo musiałabym kombinować, żeby na coś takiego wpaść, a i tak nie wiem, czy dałabym radę. Przecież wspólna wyprawa z tatą po choinkę i wszystko, co się z nią łączy, to dla takiego trzylatka wspaniałe i magiczne wręcz przeżycie. Sama zresztą takie chwile wspominałaś przed kilkoma dniami w swym wywodzie, więc rozumiem, że nie muszę Ci tego tłumaczyć.

Przecież dla dziecka, szczególnie małego to właśnie te chwile wspólnych przygotowań (pieczenia pierniczków, mycia podłogi, wybierania i ubierania choinki) i wspólnie spędzanego czasu powodują, że święta stają się czymś na co z utęsknieniem się czeka. A prezenty? Pewnie, że i na nie się czeka, ale jeśli w jakieś rodzinie stają się najważniejsze, to czarno to widzę.

Poza tym warto pamiętać, że dla dzieci cenniejsza jest wspólna zabawa niż prezent sam w sobie. A niestety dla wielu z nich, tuż po pojawieniu się prezentów, rozpoczyna się okres wielkiej świątecznej nudy. Rodzice, wymęczeni przygotowaniami i przedświąteczną bieganiną, zaczynający odczuwać pierwsze oznaki przejedzenia wigilijnymi smakołykami, oczekują, że dzieci zajmą się same sobą i dadzą im w spokoju świętować, co zwykle oznacza dalsze siedzenie przy stole lub na kanapie przed telewizorem.

W wielu domach brakuje wtedy wspólnych spacerów, gier, zabaw i beztroski. A myślę, że to właśnie jest najlepszym prezentem, jaki w święta mogą od nas dostać dzieci. Oczywiście i my mamy prawo do spędzania czasu po swojemu i odrobiny komfortu, ale zapewniam, że wybawione dzieci są o wiele milszymi i skłonnymi do negocjacji towarzyszami niż dzieci wynudzone. Dzieci, z którymi naprawdę spędziliśmy trochę wspólnego czasu, na ogół same chętnie odchodzą do swoich zajęć, zostawiając nam przestrzeń do odpoczynku i własnego prywatnego sposobu świętowania.

A jeśli chodzi o "syndrom dziecka, które wszystko ma", to domyślam się, z kontekstu Twojego pytania, że to coś w rodzaju:nie wiem, co kupić dziecku pod choinkę, bo już wszystko ma, a poza tym wszystkim się łatwo nudzi. Zgadłam? Myślę, że tak i dodam od razu, że gdyby rodzice we wczesnym dzieciństwie poświęcili więcej czasu na wspólną zabawę z własnym dzieckiem, to nie mieliby takiego problemu.

Pozdrawiam serdecznie, Małgorzata


20 stycznia 2010

Wiesz co Małgosiu?

Jak tak cię czytam to naszła mnie taka refleksja, że my czasem w ogóle nie wiemy co naszym dzieciom sprawia przyjemność. Stąd się biorą i te dylematy: co kupić dziecku pod choinkę, i rodzice, którzy dają nastolatce w prezencie gwiazdkowym pieniądze. A czasem jest tak, że chcąc dla naszych dzieci jak najlepiej męczymy sami siebie (i dzieci przy okazji). A czasem to takie proste. Można spytać dziecka: co lubisz ze mną robić, czego potrzebujesz, o czym marzysz? Nie wydaje ci się to dziwne, że na takie pytania szukamy odpowiedzi wszędzie tylko nie tam gdzie najłatwiej ją znaleźć?

Rodzice dbają o to, "żeby dziecku niczego nie brakowało", a jemu właśnie brakuje - "wspólnych szaleństw, zabawy, beztroski", a czasami także poczucia, że ma swój udział w czymś ważnym. Mam parę takich zdjęć jak Sergiusz malutki a potem coraz większy: myje podłogę, robi ze mną pierożki, myje naczynia, kopie z tatą łopatą w ziemi, piłuje deskę. Zamiast naszykować wszystko pięknie i zawołać na gotowe pojawia się okazja, żeby zrobić coś razem, może warzywa będą krzywo pokrojone, może wyleje się trochę wody, może talerz się stłucze. To nic. Ważne jest to, że wspólne bycie z dziećmi to właśnie wspólne bycie, a nie tylko nieustająca zabawa.

Przyszło mi też do głowy, że czasem jest tak, że to kultywowanie nie tylko nie sprawia przyjemności dzieciom, które trochę nie rozumieją o co w tym chodzi. Często jest tak, że nie sprawia to żadnej przyjemności również rodzicom. Ale...kultywować trzeba. I może warto zachęcić do tego, żeby przy różnych okazjach pamiętać to co napisałaś: dla kogo my to wszystko robimy, i po co.

A co do "dziecka, które wszystko ma" to chorują już na to trzylatki. Nie wiem, Małgosiu, czy to kwestia jeszcze wcześniejszego dzieciństwa?


23 stycznia 2010

A coś więcej o tej chorobie (?), bo bardzo jestem ciekawa. Jeśli moje przypuszczenia były słuszne, to jakoś trudno wyobrazić mi sobie trzylatka w tej sytuacji. Zresztą chyba wtedy należałoby powiedzieć, że chorują na nią już rodzice trzylatków, a nie same trzylatki.


25 stycznia 2010

Masz rację Małgosiu, że to chyba raczej kłopot rodziców a nie dziecka. Dziecko cieszy się z każdej nowej zabawki, z każdego drobiazgu. Czasem spełnieniem jego marzeń jest coś, z naszego punktu widzenia zupełnie bezwartościowego. A my chcielibyśmy, żeby zabawki, które dajemy dzieciom w prezencie były czymś wyjątkowym, jedynym. A teraz to jeszcze, żeby były edukacyjne i rozwojowe. Przy czym czarna rozpacz ogarnia mnie czasem jak widzę co jest reklamowane jako edukacyjne.

Jest jeszcze druga sprawa. Małe dziecko (ale też to większe) cały czas się rozwija, to czym nie umiało bawić się jeszcze dziś, może już za miesiąc okazać się dla niego bardzo interesujące. Z zabawek, tak jak z ubrań czasem się wyrasta.

Mam poczucie, że i rodzice sami się przyczyniają do tego, że mają dziecko, które wszystko ma. Wtedy kiedy każdą zachciankę dziecka (każdy sygnał, ze coś mu się podoba, że coś by chciało mieć) natychmiast realizują. To naprawdę cenne doświadczenie: marzyć o czymś, poczekać, mieć pragnienia. Czasem to dużo ważniejsze przeżycie niż trzymanie w ręku upragnionego samochodzika. Który zresztą często bardzo szybko się nudzi, bo jest już coś następnego co naszemu dziecku wpadło w oko.

Rodzice starszych dzieci mają trudność z dawaniem im prezentów wtedy kiedy ich, tak jak napisałaś, tak naprawdę nie znają. A czasem jest tak, że rodzice wiedzą o czym dziecko marzy, ale uważają, że szkoda na to pieniędzy. Chcieliby czasem tak naprawdę zaspokoić prezentem swoje potrzeby a nie dziecka.

Czasem też jest tak, że rodzice nie wiedzą co dziecku dać, bo zamiast popatrzeć na nie: co mu się podoba, co je interesuje, szukają odpowiedzi na to pytanie u specjalistów i w poradnikach: co mogę kupić czterolatkowi, jaką zabawką powinien się bawić. Tak jakby można było opracować jakiś zestaw obowiązkowy, z podziałem jeszcze na odpowiednie grupy wiekowe.

Warto chyba też wspomnieć jeszcze raz o tym, że jaka wspaniała by nie była nowa zabawka, to największą przyjemność dziecko czerpie z zabawy z bliską mu osobą. Nie ma takich zabawek, które same "obsługują" dziecko, zawsze towarzysz zabawy będzie mile widziany.

A jak myślisz? Czy według ciebie są takie zabawki, które każde dziecko powinno mieć? Albo takie, które się każdemu spodobają?


27 stycznia 2010

Komputer? Telewizor?

Wybacz Agnieszko moją złośliwość, ale mam wrażenie, że Twoje pytanie było strasznie tendencyjne, tym bardziej, że same wspólnie już dawno stworzyłyśmy na naszej stronie listę najbardziej kultowych zabawek wszech czasów, więc nie bardzo wiem, co chciałabyś jeszcze na ten temat ode mnie usłyszeć /przeczytać.

Widzę też, że nasze plany rozmowy o nudzie świętowania i dobrych manierach powoli ustępują miejsca rozmowie o dobrej zabawie i zabawkach. Chcemy iść w tę stronę?


29 stycznia 2010

Chętnie :). Rozumiem, że piszemy o kultowych zabawkach, ale naprawdę uważasz, że ktoś kupi dziecku w prezencie zestaw patyków?

Choć muszę ci się przyznać (jeśli jeszcze nie wiesz), że my mamy w domu podręczny zestaw patyków (dokładnie całą torbę), a ze sklepu zdarza nam się wyjść z: paczką słomek, papierowymi ręcznikami, torbą ryżu, albo fantastycznymi szczypcami do wyciągania ogórków z beczki.


1 lutego 2010

Agnieszko,

patyki mają to do siebie, że nie trzeba ich kupować. Poza wszelkimi praktycznymi zastosowaniami, to kolejna ich wielka zaleta. Istnieje, co prawda, pewne zagrożenie, że jak jakiś przedsiębiorczy człowiek trochę sobie na naszej stronie o nich poczyta, to specjalnie wyprofilowane patyki o unikalnych kształtach staną się dobrem luksusowym sprzedawanym w dziale zabawek edukacyjnych pod hasłem: niezbędne do właściwego (intelektualnego, emocjonalnego i w ogóle wszelkiego) rozwoju każdego dziecka.

I tu wracając do Twojego pytania sprzed kilku dni chciałam powiedzieć, że uważam, że oczywiście są takie zabawki, które podobają się znakomitej większości dzieci i które warto dziecku proponować do zabawy, ale nie każde dziecko musi podzielać zachwyt rówieśników. I jeśli nawet jakieś dwie panie psycholog, napisały na swojej stronie, że patyki są fajne i wielofunkcyjne, to nie można się dać zwariować i wtykać tych patyków dziecku, które nie wyraża nimi żadnego zainteresowania.

Ale fakt faktem, że rzeczywiście większość zabawek z naszego rankingu podoba i przydaje się prawie wszystkim dzieciom, a wiele z nich dzieci wyszukują sobie same. Z drugiej strony są tam też takie zabawki, które dorosły musi małemu dziecku nie tylko dostarczyć, ale jeszcze pokazać mu, że można się tym fajnie bawić, bo dopiero taka rzecz użyta we wspólnej zabawie nabiera prawdziwej wartości. Jak sama napisałaś, nie ma takiej zabawki, która obsługuje dziecko sama i to od rana do wieczora.

A teraz osobiste pytanie: jaka zabawka (ze sklepu z zabawkami, a nie z lasu czy sklepu papierniczego albo z artykułami gospodarstwa domowego) na Twojej prywatnej liście zajmuje pozycję numer jeden?


3 lutego 2010

Na mojej liście, czy Sergiusza? Bo jeśli na Sergiusza liście to zdecydowanie klocki Lego. Zabawa nimi potrafi zająć go rzeczywiście na długie godziny. Ja siedzę koło niego i służę głównie do podawania klocków i do odczepiania ich od siebie. Nie układamy tych pojazdów, które są w instrukcji, tylko Sergiusz wymyśla własne: pojazdy, budowle. Bawi się też "maliznotkami" czyli tymi wszystkimi malutkimi narzędziami, które są dołączane do klocków: malutką łopatą, szkiełkiem powiększającym, pistoletem.

Dlatego bardzo zdziwiłam się kiedy rodzic czteroletniego dziecka powiedział mi, że jego córka miała takie klocki, ale jej się znudziły. Zupełnie nie mogłam dojść o co chodzi. Nie miałam niestety możliwości dopytać, ale do dziś mnie to zastanawia.

A gdybym ja miała powiedzieć co jest na mojej liście to chyba na pierwszym miejscu byłyby różne ciastoliny, piaskoliny i inne masy, których jest w tej chwili fantastyczny wybór, i którymi można fantastycznie się bawić i nigdy się nie znudzić.

A pamiętasz Małgosiu naszą wspólną wyprawę do sklepu z zabawkami? Przypominam sobie, że rozmawiałyśmy wtedy o tym jak mylące są kategorie wiekowe, które są zaznaczane na różnych zabawkach. Najczęściej nie informują one o tym czy zabawka nadaje się dla dziecka w wieku naszego, tylko czy spełnia określone normy bezpieczeństwa. Dlatego na książeczkach z reguły napisane jest 3+, choć mało znam rodziców, którzy czekali do tego momentu. Jednocześnie to samo 3+ można odnaleźć na jakiejś strasznej zabawce, której głównym elementem jest trupia czaszka.

A już zupełnym nieporozumieniem według mnie są zabawki dla żadnego wieku (tzw. interaktywne), czyli takie, które niby są skonstruowane jak dla półtorarocznego dziecka a jednocześnie uczą literek i cyferek (i to po angielsku!), albo posługiwania się zegarem. O dziwo te zabawki mają wśród rodziców niezwykłe wzięcie i to mimo wygórowanych cen.

Rozumiesz coś z tego Małgosiu?


6 lutego 2010

Agnieszko,

szczerze? Niestety, niewiele rozumiem.

Jeśli chodzi o klocki lego, to mój czterdziestokilkuletni przyjaciel do dziś się nimi nie znudził ;-) Fascynuje się możliwościami, które dają nowe zestawy przeznaczone dla coraz starszych użytkowników. Opowiada o budowaniu i programowaniu robotów i zdaje się, że to jest pasjonujące zarówno dla niego, jak i jego dzieci.

Oczywiście w wypadku zbyt dużego zaangażowania w zabawę dorosłego zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że to wcale nie będzie fajne doświadczenie dla dziecka. Kojarzy mi się to z przysłowiową kolejką elektryczną, którą niby syn dostaje pod choinkę , ale tak naprawdę tata nie dopuszcza malucha do zabawy.

Druga skrajność, to podsuwanie dziecku zabawek, które nas samych w ogóle nie interesują. Podejrzewam, że tak się mogło zadziać w przypadku tej czteroletniej dziewczynki i jej klocków lego. Może też zestaw czy zestawy, jakie miała, były zbyt dorosłe, jak na jej zainteresowania. Bo wspaniałą sprawą w przypadku klocków lego jest to, że rosną one wraz z dzieckiem i można powoli i stopniowo odkrywać kolejne zastosowania i możliwości zabawy.

Kolejną wspaniałą rzeczą związaną z lego jest to, że aby odkrywać wciąż nowe możliwości wcale nie trzeba kupować bardziej skomplikowanych zestawów;-) I tu Ci się muszę przyznać, że osobiście najwyżej cenię te najbardziej podstawowe zestawy klocków lego, które moim zdaniem najlepiej pobudzają wyobraźnię użytkownika i dają mu wbrew pozorom najszersze pole do popisu.

Te bardziej wyspecjalizowane i zaawansowane, choć znajdują wielu zwolenników wśród dzieci i dorosłych, są właśnie z racji swojej specjalizacji i z góry narzuconego scenariusza zbyt ograniczające. Nie chcę ich jednak nikomu odradzać, ale na pewno zawsze warto się zastanowić, czy koniecznie trzeba je kupować, a jeśli tak, to w jakich ilościach. Na pewno też nie warto zbyt szybko podsuwać ich małemu dziecku. Bardzo ważne jest, żeby dziecko najpierw wybawiło się do woli i poeksperymentowało z tymi najprostszymi klockami.

Tak samo jak warto, żeby dziecko miało w domu zwykłe drewniane klocki, bo to właśnie one dają małemu człowiekowi najszersze możliwości rozwijania twórczego potencjału. I muszę Ci powiedzieć, że na mojej liście najwspanialszych zabawek, to właśnie drewniane klocki znajdują się na szczycie. I piszę to jako psycholog, mama i dziecko jednocześnie.

A czym Ty sama lubiłaś się bawić w dzieciństwie? Wtedy nie było jeszcze na sklepowych półkach ciastoliny, piaskoliny i tym podobnych mas, więc co było Twoją ulubioną zabawką?

O zabawkach interaktywnych i innych dziwach, o których wspominasz, jeszcze chętnie porozmawiam w następnym odcinku, bo sporo czasu zeszło mi na lego, więc na razie skończę, ale zanim to zrobię jeszcze tylko dodam, że nie jestem sponsorowana przez tę duńską firmę, a na świecie istnieje oprócz klocków lego i drewnianych wiele innych bardzo fajnych klockowych zestawów, po które warto sięgać, jeśli nam i naszym dzieciom się podobają.

Z karnawałowym pozdrowieniem, Małgorzata.


9 lutego 2010

Małgosiu, jak ja byłam dzieckiem to mówiono, że w sklepie to można kupić tylko ocet i papier toaletowy jak rzucili (pamiętam, że chodziliśmy wtedy do sklepu całą rodziną, bo na każdego dawali dwie rolki ;). Pamiętam też, że wtedy po zabawki rzadko chodziło się do sklepu i w ogóle było ich mniej. Częściej dostawaliśmy je od kogoś.

A jakie zabawki pamiętam? Lalki, którym ruszały się oczy. Jak się za mocno nacisnęło to wpadały do środka. Największym przebojem była lalka murzynek. Pamiętam różne "naturalne" zabawki - pudła, koce. Pamiętam rzeczywiście drewniane klocki, z których budowało się różne zamki. Przebierałyśmy się też z siostrą w różne stare ubrania i bawiły w dom. Dużo więcej szczerze mówiąc pamiętam zabaw niż zabawek.

Pamiętam też jak moja siostra marzyła o lalce Barbie, i jak ją dostała to okazało się, że wcale się nią tak fajnie nie dało bawić. I kiedy ja dostałam odpowiednie pieniążki (bo wtedy piękne zabawki to były w Pewexie) to już wcale nie chciałam lalki, tylko kupiłam sobie puzzle - to wtedy też była nowość.

Ale na twoje pytanie o ulubioną zabawkę, bardzo trudno jest mi odpowiedzieć. Ja po prostu dość szybko zostałam namiętną czytelniczką i w czasach, które dobrze pamiętam to głównie książki mnie zajmowały, a nie zabawki. Mam też jednak poczucie, że wtedy każda zabawka była dla nas czymś niesamowitym, wyjątkowym. Nawet ta zwyczajna i najprostsza.

Z czasów szkolnych pamiętam hula-hop i grę w gumę, a także całe mnóstwo gier, do których potrzebna była kreda i chodnik. I różne "kreatywne" zabawy, takie jak topienie kredki nad żarówką i rozpuszczanie w wodzie kolorowego tuszu z flamastrów. Cóż, podobno to jeszcze nic w porównaniu z tym co potrafią wyprawiać mali chłopcy.

A pamiętasz, jak kiedyś powiedziałaś, że jedną z ważnych dziecięcych zabawek jest scyzoryk?


11 lutego 2010

Agnieszko,

oczywiście, że scyzoryk jest bardzo ważny i niezwykle praktyczny, ale chyba źle mnie zrozumiałaś. Nie chodziło mi o dziecięcą zabawkę, tylko o narzędzie, które przydaje się do wielu różnych czynności i zabaw ludziom w wieku, powiedzmy, od sześciu do dziewięćdziesięciu dziewięciu lat. Osobiście znam wielu dorosłych, którzy nie rozstają się ze swoim scyzorykiem na codzień, a nie tylko podczas wakacyjnych podróży. I tak sobie myślę, że będę chyba musiała wreszcie coś o tym scyzoryku napisać na naszą stronę. Myślę też sobie, ze w naszym rankingu kultowych zabawek zabrakło gier planszowych oraz karcianych i może należałoby to zmienić.

Jeśli chodzi o zabawki i zabawy, to oczywiste jest, że z dzieciństwa najlepiej wspomina się właśnie zabawy, a nie konkretne zabawki. Zabawka jest tylko środkiem do celu, a kreatywne dzieci (dorośli zresztą też) potrafią bez problemu zapewnić sobie potrzebne rzeczy do dobrej zabawy. Czasem to wynajdowanie sobie odpowiednich pomocy okazuje się właśnie najlepszą zabawą. Im dzieci zresztą starsze, tym na ogół mniej rekwizytów potrzebują do swoich zabaw.

Z dzieciństwa pamiętam taką niezliczoną ilość gier i zabaw, że czasami mam wrażenie, że całe młode lata upłynęły mi wyłącznie na zabawie. Zabawki też pamiętam, ale zawsze tylko jako dodatek czy może raczej pretekst do właściwej zabawy. I myślę sobie, że do dobrej zabawy dużo bardziej potrzebny jest towarzysz niż sama zabawka. Oczywiście można też świetnie bawić się samemu (chociażby z książką :-) - sama to uwielbiałam i nadal bardzo lubię), ale, żeby poznać w pełni smak prawdziwej zabawy, to dobre towarzystwo jest niezbędne.

Dlatego tak bardzo mnie dziwi u niektórych ludzi to ogromne przekonanie, że ich dziecko nie będzie mogło się dobrze rozwijać bez jakiejś bardzo konkretnej zabawki, a z drugiej strony kompletna nieumiejętność dostrzeżenia/wyobrażenia sobie, co ich dziecku mogłoby sprawić prawdziwą przyjemność. Tak jakby sami w dzieciństwie nigdy się nie bawili, a przecież to wydaje się zupełnie niemożliwe. Więc co, Agnieszko? Masz jakieś hipotezy, co to może być?


14 lutego 2010

Bardzo się cieszę Małgosiu, że twoje odczucia i refleksje dotyczące zabaw i zabawek pokrywają się z moimi. Dziękuję ci, bo naprawdę miło było powspominać. Co do kart i gier planszowych w zupełności się zgadzam, zwłaszcza karty są bardzo rozwojowe ;) (znam mnóstwo dzieci, które dzięki nim nauczyły się liczyć i rozróżniać czerwony od czarnego).

A jeśli chodzi o moje hipotezy dotyczące trudności związanych z zabawami to mam kilka, ale oczywiście nie sądzę, żeby wszystkie były trafne w każdej sytuacji.

Muszę się jednak koniecznie dowiedzieć czy czytałaś kiedyś historię Momo? To przepiękna książka Michaela Endego o pewnej bardzo mądrej dziewczynce i o złodziejach czasu, szarych smutnych panach, którzy kradną ludziom czas. To co pisze Ende o tym, dlaczego ludzie coraz gorzej pamiętają jak sami się bawili i o tym, dlaczego dzieci coraz mniej potrafią się bawić jest tak sugestywne, że raczej nie uda mi się go przebić. Ale jeśli nie czytałaś (naprawdę polecam :), to opowiem.

Otóż podstawowym problemem jest CZAS. A raczej jego brak. Ludzie oszczędzają czas i przez to mają go coraz mniej. Żyjemy w kulturze pośpiechu. Śpieszymy się a więc nie mamy czasu żeby słuchać, żeby "marnować go" na bycie z przyjaciółmi czy dziećmi, na głupią zabawę. Każde zajęcie ma mieć jakiś cel, pożytek. Każda zabawa powinna być pouczająca i edukacyjna. Dzieci nie powinny się zachowywać dziecinnie, tylko trenować i ćwiczyć umiejętności, które przydadzą im się w dorosłym życiu. Znasz ten wierszyk Małgosiu?

Szybko, zbudź się, szybko, wstawaj!
Szybko, szybko, stygnie kawa!
Szybko, zęby myj i ręce!
Szybko, światło gaś w łazience!
Szybko, tata na nas czeka!
Szybko, tramwaj nam ucieka!
Szybko, szybko, bez hałasu!
Szybko, szybko, nie ma czasu!

Na nic nigdy nie ma czasu!

A ja chciałbym przez kałuże
iść godzinę albo dłużej,
trzy godziny lizać lody,
gapić się na samochody
i na deszcz, co leci z góry,
i na żaby, i na chmury,
cały dzień się w wannie chlapać
i motyle żółte łapać
albo z błota lepić kule
i nie spieszyć się w ogóle!

Chciałbym wszystko robić wolno,
ale mi nie wolno!"

A druga moja hipoteza jest taka: zaletą (lub wadą, zależy jak na to spojrzeć) naszych naturalnych zabawek jest to, że wiele z nich można mieć za darmo, a reszta często kosztuje niewiele. Nie trzeba też być "na czasie", spokojnie można bawić się drewnianymi klockami, którymi bawił się w dzieciństwie brat, a nawet tata. Tymczasem przemysł związany z produktami dla dzieci i rodziców to, nie ukrywajmy, kupa kasy. Ci wszyscy ludzie chcą zarabiać i mają nadzieję, że uda im się zarobić więcej, bo na dzieciach nikt nie będzie oszczędzał. Zwłaszcza jeśli pamięta jak trudno było o zabawki kiedy był mały. To trochę tak jak z tymi szczurami, o których pisałaś. Ładne opakowanie i jaskrawe kolory sprawiają, że nie zastanawiamy się czasem, czy to naprawdę wszystko jest potrzebne?


16 lutego 2010

A widzisz, to jednak może i kije zaczną sprzedawać. Można tanio wyprodukować, kolorowo opakować i drogo sprzedać.

Ale generalnie, to chyba masz rację, że jest w tym może być trochę pogoni za dobrami materialnymi, których się samemu nie miało, a trochę kwestia czasu. To jednak do końca wszystkiego nie tłumaczy, bo przecież ludzie oprócz wspomnienia poczucia braku i niedostatku jakiś zabawek mają też swoje zabawowe doświadczenia z dzieciństwa i wydaje mi się, że o tym tak łatwo się nie zapomina.

Co więcej, ja osobiście mogę sobie przypomnieć niektóre fajne zabawki moich kolegów i koleżanek, których ja z bratem nie mieliśmy, ale za to mieliśmy inne, a i tak wszystko razem służyło do wspólnej zabawy, bo przecież o to w tym wszystkim tak naprawdę chodziło.

Pewnie, że czasem myślałam sobie, że fajnie by było mieć takiego mięciutkiego misia, albo hulajnogę, ale jakoś nigdy mi to snu z powiek nie spędzało. Jakoś nigdy też w późniejszym życiu nie miałam poczucia, że moje dzieci muszą mieć jakieś konkretne dobra doczesne, bo ja tego nie miałam. Raczej odwrotnie, np. wiedziałam z doświadczenia, że klocki są super, to chciałam, żeby i moi synowie mieli klocków pod dostatkiem.

Może jednak powiesz, że jestem wyrodną matką, ale zanim urodził się nam pierwszy syn, to wyraźnie zakazaliśmy w rodzinie obrzucania naszego potomka zabawkami. Było to podyktowane obserwacjami innych znanych nam rodzin z małymi dziećmi, których mieszkania w szybkim tempie po porodzie zapełniały się stertami, często bezużytecznych, zabawek.

A że przemysł zabawkowy chce się rozwijać, to racja, ale po prostu dziwi mnie fakt, że różnym producentom tak łatwo omamić klienta. To, że małe dzieci, nie są same z siebie odporne na reklamę medialną czy widok kolorowych cudeniek w sklepie, to całkiem zrozumiałe. Ale dorośli? Przecież właściwie każdy z nas jest potencjalnym ekspertem od dobrej zabawy, wystarczy tylko sięgnąć do własnych zasobów z dzieciństwa. Czy to naprawdę takie trudne? Do uruchomienia odpowiednich wspomnień, to nawet zbyt wiele czasu nie trzeba zużywać

Książki Momo niestety nie znam, ale już kiedyś mi o niej przy jakiejś okazji opowiadałaś, ale wiersz Danuty Wawiłow znam i uważam, że jest bardzo celny. To wszystko kojarzy mi się też z tym (o czym tu na tym forum nie raz już rozmawiałyśmy), że do bycia dość dobrym rodzicem potrzeba przynajmniej odrobiny lenistwa.

Bo leniwy rodzic się nie śpieszy. Leniwy rodzic ma czas na długie spacery z dzieckiem i wspólne z nim chodzenie po kałużach, albo myślenie o niebieskich migdałach, gdy dziecko zajęło się czymś, co dorosłego akurat nie pociąga, ale dziecko, owszem, bardzo i całe jest tym pochłonięte. Ma też czas na wspólne z dzieckiem kontemplowanie otaczającej przyrody, leżenie na trawie czy lepienie bałwana.

Gdy jest wyluzowany i nigdzie się nie śpieszy, nie realizuje żadnego planu, ma czas zauważyć, co dziecku sprawia przyjemność i przypomnieć sobie, co jemu samemu tę przyjemność sprawiało, gdy jeszcze nie był dorosłym człowiekiem i tak bardzo nie musiał pędzić. Ma wreszcie czas, żeby się zastanowić, czy naprawdę musi(?) i odpowiedzieć sobie na pytanie, co jest dla niego ważne i co chciałby przekazać swojemu dziecku(?). Bo niezależnie od tego, czy stać go tę chwilę refleksji, to i tak każdego dnia udziela dziecku ważnej lekcji pt. "Jak żyć?" I już tylko od niego zależy, jak ta lekcja w jego wykonaniu wygląda.

Pozdrawiam Cię spokojnie i bez pośpiechu, Małgorzata


18 lutego 2010

Małgosiu,

widzę, że zataczamy pętlę i wracamy do lenistwa. Tak mi się skojarzyło, że dla mnie, to jest właśnie jedna z tych rzeczy, których rodzice powinni się uczyć od dzieci. Takiego leniwego spędzania czasu. To dzieci są w tym mistrzami, dorośli przeważnie cały czas muszą się pilnować.

A czy zauważyłaś, że używamy słowa lenistwo w zupełnie innym znaczeniu niż większość ludzi? Zazwyczaj kiedy ktoś mówi, że ma leniwe dziecko, to wcale nie jest taki zachwycony. Ja wtedy odpowiadam, że leniwe dzieci nie istnieją. Ale coraz częściej myślę, że powinnam dodawać: to nie lenistwo, tylko instynkt samozachowawczy. Co przypomina mi o tym, że miałam jeszcze ochotę podrążyć temat cienkiej granicy między zabawą i pracą i przypomnieć ci, że obiecałaś napisać coś o super edukacyjnych zabawkach.

Pozdrawiam Cię leniwie i ciepło, Agnieszka


21 lutego 2010

Agnieszko,

w pierwszej chwili miałam ochotę ostro zaprotestować przeciwko wmawianiu mi, że obiecałam coś napisać o super edukacyjnych zabawkach i już sięgałam do klawiatury, gdy olśniło mnie, że zapewne piszesz z przekąsem o zabawkach tak bardzo edukacyjnych, że nawet psycholog dziecięcy nie jest w stanie domyślić się ich przeznaczenia.

Rozumiem, że wracamy do przerwanego wątku zabawek, jak napisałaś wcześniej, przeznaczonych dla żadnego wieku, co po polsku nie brzmi najlepiej, ale świetnie oddaje Twój stosunek emocjonalny do tego typu zjawiska. I od razu dodam, że świetnie Cię rozumiem, określenie wprowadzam na stałe do swojego słownika i całkowicie się z Tobą zgadzam, że te zabawki są totalnym pomieszaniem z poplątaniem. One w zamyśle mają być bardzo edukacyjne, ale tak naprawdę na ogół nie służą niczemu sensownemu. Z podobnym zjawiskiem można się zresztą spotkać często w książeczkach teoretycznie dla najmłodszych, forma sugeruje bardzo często przeznaczenie dla roczniaka lub dwulatka, a treść ewidentnie skierowana do podrośniętego przedszkolaka.

Ja nie mam niestety świeżych danych z żadnego sklepu z zabawkami,, ale gdybyś Ty miała ciekawe spostrzeżenia i chciała się podzielić na tym forum jakimś kuriozum, to zapraszam.

Pytając się mnie o tego typu zabawki, napisałaś, że są to tzw. zabawki interaktywne. Tutaj warto podkreślić, że choć słowo interaktywne jest używane współcześnie przez producentów jako słowo wytrych, mające sugerować, że zabawka jest nie tylko cudowna, ale również niezwykle rozwijająca dziecięce zdolności (a niestety często nie jest), to w worze z zabawkami interaktywnymi można znaleźć wszystko: i zabawki naprawdę fajne, zajmujące, kształcące, przeznaczone dla dzieci w różnym wieku, i zwyczajne barachło.

I teraz ja sobie trochę ulżę. Nie byłam ostatnio w żadnym sklepie z zabawkami (tak się zastanawiam, czy nie powinnyśmy wybrać się przy okazji na jakiś mały rekonesans), ale tak mnie natchnęło i zajrzałam przed chwilą do kilku sklepów internetowych wstukując w wyszukiwarce hasło "zabawki interaktywne" i strasznie się uśmiałam. Świetna rozrywka, gorąco polecam, oto mała próbka: te zbawki nawiążą kontakt z Waszym dzieckiem; będą mówić, chodzić, szczekać, pić, śpiewać a nawet tanczyć (oryginalne!) oraz wiele, wiele innych, niezwykle zabawnych opisów konkretnych interaktywnych cudowności.

Oprócz tego, że śmieszne, rzeczywiście na ogół bardzo drogie i na ogół o bardzo konkretnym i wąskim przeznaczeniu. Więc wychodzi na to, że w worze jednak więcej tandety niż czegoś pożytecznego.

Serdecznie pozdrawiam i z niecierpliwością czekam na Twoją wypowiedź, bo mam wrażenie, że poruszyłyśmy tak szeroki temat, że trudno może być zakończyć przed moim wyjazdem na rejs. Liczę więc na Twoją interaktywność :-)))

poprzednia następna
22213