Agnieszka do Małgosi,
Małgosia do Agnieszki…


28 listopada 2009

(...) Porozmawiamy o przemocy w służbie jedzenia?


1 grudnia 2009

A ja myślałam, że będziesz chciała porozmawiać o ....... hazardzie, bo od kilku tygodni wszyscy o tym rozmawiają, szczególnie w kontekście nastolatków i braku samokontroli. Trochę mi jednak ulżyło, że nie o tym, bo choć uważam, że bardzo dobrym efektem ubocznym całej tej politycznej zawieruchy, która przetoczyła się jesienią przez polskie media jest głośne mówienie o uzależnieniach, to jednak, co za dużo to niezdrowo.

Powiem tylko, że najlepiej przed uzależnieniami wszelkiego typu chroni młodych ludzi to, o czym od kilku tygodni tu rozmawiamy, czyli życzliwe zainteresowanie i wspieranie dziecka w nauce samokontroli, a nie kontrola zewnętrzna. Tu po raz kolejny chciałabym polecić książkę Dziecko z charakterem, której jestem wielką fanką, a której podtytuł brzmijak wspierać psychikę dziecka, żeby ustrzec je przed lękiem, ucieczką w przemoc lub uzależnienia.

Ty chciałabyś rozmawiać o jedzeniu. Od tego też się można łatwo uzależnić, prawda? A kiedy? No właśnie wtedy, że powtórzę do znudzenia, gdy rodzice zamiast zaufać dziecku postanawiają kontrolować tę sferę jego życia. No więc porozmawiajmy o tej kontroli, tym bardziej, że zaczyna się grudzień, a więc miesiąc świąteczny i kulinarne tematy są bardzo na czasie.

I tu naszła mnie pewna refleksja związana właśnie z Bożym Narodzeniem i towarzyszącymi mu zwyczajami. Rzecz oczywiście dotyczy dzieci i jedzenia – czynności powszedniej, ale tym razem w jakże niecodziennej oprawie, z jak ogromną różnorodnością dań, smaków i zapachów. Nie o tę obfitość mi tu jednak chodzi, ale o spokojny stosunek większości dorosłych do tego, czy dzieci skorzystają z tej świątecznej propozycji. Na ogół zasiadając do wigilijnej wieczerzy czy bożonarodzeniowego obiadu nie liczymy na to, że dziecko (szczególnie małe) wszystkiego skosztuje i wszystko będzie mu smakować. Co więcej, z góry zakładamy, że raczej do większości tradycyjnych potraw odniesie się nieufnie.

Moje pytanie brzmi: dlaczego tylko w czasie świąt zostawiamy dzieciom taką swobodę? Dlaczego wtedy dajemy im przyzwolenie na wyrażanie własnych gustów, upodobań do pewnych smaków (czy nawet wyglądu potraw) i niechęci do innych? Dlaczego wtedy potrafimy spokojnie czekać, aż do pewnych rzeczy dorosną, a na co dzień jesteśmy zbyt niecierpliwi.

I pytanie główne za 100 punktów: co sprawia, że w życiu codziennym uznajemy się za bardziej kompetentnych w sprawach żywieniowych od naszych maluchów czy nastolatków, jak wolisz? My, którzy sami pewnych rzeczy nie lubimy, albo lubimy za bardzo, chcemy decydować za dzieci, co im powinno smakować lub nie, i jak dużo powinny zjeść, żeby nas zadowolić. W imię czego? - ja się pytam.


3 grudnia 2009

Widzisz Małgosiu,

tu chyba okazuje się bardzo wyraźnie, że świadomość i samoświadomość jaką uzyskał człowiek w procesie ewolucji czasem bardziej mu szkodzi niż pomaga. Bo zastanówmy się, jak ludzie dawali sobie radę z wychowywaniem dzieci przez te miliony lat, kiedy nie było poradników, psychologów i pouczających programów telewizyjnych. Czy dzieci były masowo niedożywione z powodu nieznajomości wartości odżywczej wszystkich potraw? Tych wszystkich białek, witamin, węglowodanów? Otóż nie. Jeśli ktokolwiek miał jakieś problemy żywieniowe to wiązały się one bardziej z brakiem dostępu do wartościowego pożywienia. Wydawałoby się więc, że teraz nie powinno być problemów ze zdrowym odżywianiem. A tymczasem są.

Tak bardzo ufamy nauce, medycynie, dietetyce, że przestajemy powoli ufać samym sobie i własnym odczuciom. A ponieważ nie ufamy, że my potrafimy wybrać dla siebie do jedzenia to, co najlepsze (stosujemy nagminnie jakieś diety, mamy nieustające wyrzuty sumienia, że jemy byle co) nie ufamy jednocześnie naszym własnym dzieciom. Do tego dochodzi "rodzicielski autopilot". Na palcach jednej ręki mogę policzyć dorosłych znajomych, na których przy jedzeniu nie była wywierana żadna presja.

Co druga mama, która przychodzi do mnie po poradę skarży się, że jej dziecko nie chce jeść. Wielu rodziców dziwi się bardzo, kiedy mówię im, że nastoletniemu dziecku nie trzeba przypominać o jedzeniu, że tym co o tym jedzeniu powinno przypominać jest głód. Tak więc temat, który wydaje się z pozoru błahym w porównaniu na przykład z........hazardem ;-), okazuje się być niezwykle trudnym i ważnym tematem. Pamiętasz co ci kiedyś odpowiedziałam na pytanie o dwa najważniejsze tematy, z którymi trzeba docierać do rodziców małych dzieci? płacz i właśnie jedzenie.

A że wspomniałaś o hazardzie i uzależnieniach to warto chyba jeszcze dodać, że dzieci nie tylko uzależniają się od jedzenia, dzieci uzależniają się od wielu innych rzeczy, ale to właśnie kontrolowanie odżywiania swoich dzieci a zwłaszcza karmienie ich na siłę i ignorowanie ich upodobań żywieniowych czyni ich niezwykle podatnymi na uzależnienia. A poza tym jest przemocą i to szczególnie inwazyjną, bo przekraczającą granicę dziecięcego ciała.

To co Małgosiu, mamy pozwolić, żeby dziecko rządziło? Ma się zmarnować? Ma być głodne?


5 grudnia 2009

Piszesz Agnieszko, że wielu rodziców dziwi się bardzo kiedy mówisz im, że nastoletniemu dziecku nie trzeba przypominać o jedzeniu, że tym co o tym jedzeniu powinno przypominać jest głód, ale jeśli oni nie zdołali zaufać w tym względzie niemowlęciu lub małemu dziecku, to jak mają zaufać komuś z kim mają kilkunastoletnie doświadczenia, że w ogóle nic nie je (co zwykle oznacza, że nie je tyle lub tego, co chcieliby jego rodzice) i nigdy nie odczuwa głodu (bo przez kilkanaście lat ciągłego podtykania jedzenia nie miał na to najmniejszej szansy).

Z małym dzieckiem jest o wiele łatwiej, bo jego instynkt jeszcze działa, a przynajmniej działa tak długo, póki dorośli nie zaczną się do tego wtrącać i kontrolować ilości spożywanego przez nie pokarmu. Świetnie to widać na przykładzie dzieci karmionych piersią, w tym wypadku matka nie ma po prostu innego wyjścia, jak pozostawić wszystko w rękach, a raczej w ustach dziecka. Schody zwykle zaczynają się przy zmianie diety na pokarm stały. Wtedy wiele matek, nawet tych, które wcześniej potrafiły zaufać niemowlęciu, nagle zaczyna panikować, kontrolować i uznawać, wbrew zdrowemu rozsądkowi (ale często za podszeptem różnych „życzliwych”), że one wiedzą lepiej, czy ich dziecko jest głodne czy syte.

Ale to nie jest tak, że dziecko traci instynkt, to matki czy rodzice w ogóle, nie mówiąc już o babciach, dziadkach, i ciociach wszelkiego rodzaju, zaczynają po prostu lepiej wiedzieć, co i w jakich ilościach dziecko zjada czy raczej nie zjada, jak powiedziałoby większość przejętych lękiem dorosłych. I od tego momentu wielu z nich zaczyna się, nazwijmy to Agnieszko po imieniu, wtrącać w nie swoje sprawy. Przy czym lęk ten i obawy są niestety bardzo mocno zakorzenione w naszej kulturze i niewątpliwie związane z doświadczeniami wojen i wielkiej biedy.

Piszesz jeszcze Agnieszko, że na palcach jednej ręki możesz policzyć dorosłych znajomych, na których przy jedzeniu nie była wywierana żadna presja , a ja od razu zaczynam się przewrotnie zastanawiać, co właściwie dokładnie miałaś na myśli. Prawdopodobnie chodzi Ci o presję wywieraną na Twoich znajomych w dzieciństwie, ale wydźwięk tego zdania może też sugerować, że to na dorosłych ludziach ta presja była i jest nadal wywierana.

No i znowu mam skojarzenia okołoświąteczne. Bo w rzeczywistości, to nie jest tak, że te nasze kulturowe obciążenia działają tylko w stosunku do dzieci. Ilu z nas dorosłych przy okazji świąt czy innych rodzinnych imprez doświadcza „troski” zafrasowanych mamuś i babć, że za mało zjadło, że nie wzięło sobie dokładki, że tak mizernie wygląda (chociaż czasem ma sporą nadwagę), że tyle jeszcze zostało na stole, a tyle przecież to wymagało pracy i wysiłku (nie wspominając o miłości, bo to przecież rozumie się samo przez się ;-)

Coś Ci to przypomina? No właśnie. Ta presja związana z jedzeniem jest wszechobecna w naszej kulturze, tylko zwykle w stosunku do dorosłych przyjmuje subtelniejszą formę. Poza tym dorośli mogą, przynajmniej teoretycznie, lepiej się bronić. Z moich obserwacji wynika jednak, że niewielu daje sobie z tym radę :-(
I tu chyba jest miejsce na udzielenie odpowiedzi na Twoje z lekka histeryczne pytania.

Mamy pozwolić, żeby dziecko rządziło? Otóż tak, Agnieszko, nie tylko mamy pozwolić, ale wręcz powinniśmy dążyć do tego, żeby to właśnie dziecko tak samo, jak każdy inny człowiek, mogło rządzić zaspokajaniem własnego głodu; żeby nikt nie był poddawany presji w tym względzie, a jeśli jest, to potrafił skutecznie się przed tym bronić.

Ma się zmarnować? A niech się zmarnuje, może wtedy jedna z drugą mamuśka czy tatusiek nauczą się gotować w odpowiedniej ilości, albo mniej wydawać na żarcie.

Ma być głodne? A niech czasem będzie, to mu tylko na zdrowie wyjdzie (mówię oczywiście o rodzinach, w których dzieci odczuwają głód nie z powodu biedy i niedostatku) przypominając do czego służy jedzenie. A służy ono, żeby nie było niedomówień, uzupełnieniu kalorii, które spalamy, żeby żyć i prawidłowo funkcjonować. Uczucie głodu jest uwarunkowane genetycznie i dlatego głód jest najlepszym kucharzem, jak mawiał podobno już Sokrates, a wielu po nim to powtarzało, choć niestety na co dzień zbyt wielu rodziców o tym zapomina.

Pozdrawiam serdecznie i idę coś upichcić, bo od tego całego pisania o (nie)jedzeniu zrobiłam się głodna, M.


7 grudnia 2009

Małgosiu,

Znając wasze rodzinne zamiłowanie do gotowania, to na pewno było coś pysznego. Co przypomina mi, że jedzenie oprócz tego, że dostarcza naszym organizmom kalorii jest też niewątpliwie przyjemnością. Ale oczywiście tylko wtedy kiedy jemy dobrowolnie. Jest też jedzenie czynnością społeczną. Dzięki niemu zacieśniamy więzy rodzinne. Przy wspólnym stole zjadamy o 70% więcej niż w samotności. A w ilu domach brakuje dzisiaj porządnego rodzinnego stołu? W ilu rodzinach nie je się w ciągu tygodnia ani jednego wspólnego posiłku? A wspólne gotowanie? Ilu rodziców ma dziś na to wystarczająco dużo czasu? Najbardziej kuriozalnym widokiem jaki kiedyś zobaczyłam było niemowlę sadzane w krzesełku do karmienia przed telewizorem, zgadnij po co? Żeby nie przeszkadzało w jedzeniu dorosłym. Ten to bowiem chłopczyk, dojrzewając powoli do rozszerzania diety interesował się bardzo tym co jego rodzina ma na swoich talerzach. Mam wrażenie, że czasem zapominamy nie tylko o głosie rodzicielskiego serca, ale nawet o zdrowym rozsądku.

Ale wracając trochę do tematu zaufania muszę się z tobą wreszcie nie zgodzić. Piszesz, że kiedy dziecko jest karmione piersią matka potrafi zaufać, że odżywia się ono prawidłowo. Otóż zdarza się, że już wtedy nie potrafi. Karmienie na godziny (bo jeśli po dwóch godzinach od karmienia dziecko płacze to matka zerka na zegarek i myśli: nie chce jeść, bo według zegarka będzie głodne dopiero za godzinę) naprawdę nie odeszło jeszcze do lamusa. Może już żadna matka nie odciąga pokarmu i nie podaje go butelką po to, żeby kontrolować ile dziecko zjada, ale terror ważenia co kilka dni i generalny brak zaufania to myślę sobie codzienność wielu zatroskanych mam. Brak zaufania do siebie i własnego ciała, że potrafię wykarmić własne dziecko i brak zaufania do dziecka, że kiedy domaga się jedzenia to wie o co chodzi. I naprawdę zdarzają się (choć mam nadzieję bardzo rzadko) sytuacje, że mama próbuje nakarmić dziecko piersią na siłę. A jak się nie da przechodzi na butelkę, bo butelką się da.

Straszne czarnowidztwo ze mnie bije Małgosiu jak zaczynam ten temat. Ale mam cichą nadzieję, że może ktoś to wszystko przeczyta i zastanowi się trochę. Zanim nałoży kilkulatkowi kopiasty talerz taki sam jak sobie. Zanim powie, że czterolatek nie wie jeszcze czy mu coś smakuje, bo jest na to za mały. Zanim ukarze swoje dziecko za to, że było niegrzeczne i nie chciało zjeść.

No dobrze, może, żeby nie zostawiać tego tak, jak już powiedziałyśmy o tyle o tym, że dziecko ma prawo zdecydować ile zje, powiedzmy też co można zrobić, żeby jadło z większym apetytem?

Pozdrawiam cię ciepło i smakowicie, Agnieszka.


9 grudnia 2009

Agnieszko,

rzeczywiście jakieś straszne czarnowidztwo z Ciebie bije. I wybacz, Agnieszko, ale podejrzewam, że to karmienie piersią na siłę, to sobie zwyczajnie wymyśliłaś. Jakoś sobie tego nie mogę wyobrazić, zarówno od strony technicznej, jak i samej idei, że tak pozwolę sobie powiedzieć. Po prostu w głowie mi się nie mieści, Agnieszko, jak można w ogóle wpaść na taki pomysł. Sama osobiście się z niczym takim nie spotkałam, a przecież wiesz, że kilka lat przepracowałam w szpitalu m.in. na oddziale położniczym i różne rzeczy tam widziałam.

Widziałam też kobiety, które nie ufają sobie, ani własnemu ciału, ale, wybacz mi po raz drugi, czasami mam wrażenie, że próbujesz ze mną dyskutować na siłę. Oczywiście, że nie każda matka karmiąca dziecko piersią potrafi zaufać, że dziecko odżywia się prawidłowo, za to czasem potrafi nieźle skomplikować sobie życie i robić to wszystko o czym piszesz. Ale po pierwsze mam wrażenie, że większość tych cudujących kobiet dość szybko kończy z tym sposobem karmienia, bo jest to po prostu ponad ich siły (fizyczne i psychiczne), a z kolei zdecydowana większość kobiet karmiących dziecko piersią dłużej niż kilka tygodni nie ma problemów z zaufaniem naturze i nie dziwuje z ważeniem pieluch, ani dziecka. Wyjątki oczywiście się zdarzają, ale wiesz chyba do czego służą wyjątki (?)

Jeśli chodzi o funkcje społeczną jedzenia i dobroczynne skutki rodzinnego spożywania posiłków, to myślę, że świetnie wyczuwały to nasze babki i dlatego starały się nie tylko od święta gromadzić rodzinę przy wspólnym stole, choć na pewno nie mogły znać wyników odpowiednich badań na ten temat. A do danych, które Ty przytaczasz, dorzucę jeszcze, że dzieci z rodzin, które regularnie jadają razem, mają wyższe poczucie własnej wartości i lepsze kontakty z rówieśnikami od tych, których rodzice nie dbają o wspólne spożywanie posiłków.

Badacze, których nazwisk niestety w tej chwili już nie pamiętam, ale których doniesienia czytałam kilka lat temu, twierdzą, że możliwość dzielenia się emocjami podczas rodzinnych spotkań przy stole sprawia, że u dzieci, które w nich uczestniczą, kształtuje się poczucie kontroli nad tym, co dzieje się w ich życiu. Podkreślają, że przynajmniej jeden wspólny posiłek dziennie powinien być dla rodziny czymś świętym. Twierdzą, że ci rodzice, którzy z tego rezygnują, tracą szansę na kształtowanie u swego potomstwa poczucia własnej wartości, umiejętności kontaktu z ludźmi, zdolności rozwiązywania problemów i radzenia sobie z ewentualnymi niepowodzeniami.

A co zrobić, żeby dziecko jadło z apetytem? Najprostsza do sformułowania, ale niestety dla wielu rodziców bardzo trudna w realizacji, zasada brzmi: zapraszać dziecko do wspólnego stołu, a potem zostawić w spokoju tzn. skoncentrować się na własnym (a nie jego) jedzeniu oraz miłych pogawędkach.

Bo chyba w tym miejscu warto powiedzieć, skoro chciałaś rozmawiać o przemocy w służbie jedzenia, że przemocą jest nie tylko fizyczne zmuszanie dziecka do jedzenia, ale także wszelkiego rodzaju presja i szantaż emocjonalny: słynne za mamusię, za tatusia, ale także mamusia cały dzień spędziła w kuchni, żebyś wreszcie coś zjadł itp. oraz skupianie się i komentowanie ilości i jakości (!) spożywanego przez dziecko jedzenia.

A jak byś chciała dokładniejszej odpowiedzi na zadane pytanie, to z wrodzoną sobie przewrotnością odsyłam do tekstu Jak skutecznie zniechęcić dziecko do jedzenia? Kilka prostych o praktycznych wskazówek, który kilka lat temu stworzyłam na potrzeby rodziców w żłobku, a teraz sobie pomyślałam, że najwyższy czas umieścić go na naszej stronie i szerzej rozpropagować, co właśnie zrobiłam ;-)

A swoją drogą, zobacz Agnieszko, ile my miejsca poświęcamy jedzeniu!


12 grudnia 2009

Małgosiu,

tekścik smakowity, jak zwykle ;-). W ten to przewrotny sposób zaczęłyśmy rozmowę o tym jak zachęcić dzieci do jedzenia, choć chyba warto jeszcze raz powtórzyć, że zdrowego dziecka nie trzeba do jedzenia zachęcać ani namawiać. Nie trzeba mu też przypominać, że jest głodne. Wystarczy umożliwić mu korzystanie z jedzenia razem z nami. Zwracając uwagę na to, że bardziej smakuje to, co jest wspólnie przyrządzone, spożywane wspólnie, w miłej i swobodnej atmosferze i bez pośpiechu. Warto też chyba dodać (choć tak często to mówimy, że mam już wrażenie, że się powtarzam), że medycyna nie zna przypadków zdrowych dzieci, które zagłodziły się na śmierć, bo zapomniały o jedzeniu.

Uzupełnię jeszcze nasze rozważania o informację, że warto powstrzymać się od wszelkich prób manipulowania tym, ile nasze dziecko zjada. A więc nie tylko odradzamy zmuszanie do jedzenia, szantaże emocjonalne, namawianie do jedzenia więcej. Moim zdaniem już chwalenie dziecka za to, że wszystko zjadło jest lekkim przegięciem, bo przecież najlepszą nagrodą jest dla najedzonego człowieka jego pełny i nasycony żołądek. Pamiętajmy też, że nasze dziecko nie je dla nas tylko dla samego siebie.

Kolejną dyskusyjną kwestią jest używanie jedzenia w funkcji motywacyjnej (że się tak mądrze wyrażę), czyli stosowanie go jako kary i nagrody. Dawanie słodyczy lub ich odmawianie, w nagrodę bądź za karę, a także sama idea, że jedzenie dzieli się na lepsze - obiad i gorsze - deser, na który trzeba w jakiś sposób zasłużyć jest jak dla mnie bardzo zaburzająca normalne funkcjonowanie dziecka. Jeśli chcemy, żeby naszemu dziecku zależało na jedzeniu jak największej ilości słodyczy, nie ma pewniejszego sposobu niż wymienione powyżej.

W ogóle w dziedzinie jedzenia, tak jak i wielu innych związanych z dziećmi warto pamiętać, że człowiek jest istotą, która nie lubi przymusu i która temu przymusowi będzie się ze wszystkich sił przeciwstawiać. Dlatego dziecko intensywnie namawiane do jedzenia będzie jadło coraz mniej a takie, któremu czegoś odmawiamy, będzie się chciało najeść na zapas. Stąd naprawdę najlepsza recepta na wszystkie jedzeniowe trudności to zaufać dziecku i jego organizmowi.

Pozdrawiam,

Agnieszka.


15 grudnia 2009

Agnieszko,

zgadzam się całkowicie z każdym Twoim słowem. Po prostu gadasz, jak mędrzec!

Ja też uważam, że dzieci do jedzenia w ogóle nie należy zachęcać. Jakoś nikt nie zastanawia się, co zrobić, żeby dziecko zachęcić do oddychania, a to przecież tak samo instynktowne zachowanie, jak odżywianie.

Obie te czynności związane są z przetrwaniem, a ośrodki odpowiedzialne za ich aktywowanie znajdują się w najstarszej strukturze ludzkiego mózgu zwanego mózgiem gadzim, bo tak się składa, że ta część naszego cennego organu prawie nie uległa zmianom w procesie ewolucji i jest bardzo podobna u ludzi i pozostałych kręgowców.

Z tym, że jedzenie jest dużo bardziej podatne na manipulację. I warto chyba w tym miejscu uświadomić wszystkim rodzicom, że to, działa w obie strony. Im bardziej my dorośli jesteśmy skłonni kontrolować tę sferę dziecięcego życia, tym bardziej ryzykujemy, że dzieci w przypadku jakiś problemów, niezaspokojonych potrzeb, zareagują właśnie zaburzeniami odżywiania różnego kalibru.


18 grudnia 2009

Pochlebiasz mi Małgorzato ;-), i zmotywowana twoim zachwytem pozwolę sobie dodać na koniec jeszcze parę refleksji.

Po pierwsze, jedzenie nie sprawdza się nie tylko w roli nagrody, ale też kiepsko sprawdza się w roli "pocieszyciela". I choć nie ma w tym nic zdrożnego, jeśli od czasu do czasu podarujemy dziecku jakiś smakołyk, albo zajmiemy malucha, który się nudzi jakąś przekąską to warto uważać, żeby takie zabawianie i zajmowanie nie stało się jedyną dostępną nam w trudnych sytuacjach strategią.

Dodam też chyba jeszcze, że choć powinniśmy zostawić dziecku decydowanie o tym ile je, to decyzja o tym co jest w domu do zjedzenia lepiej żeby należała do rodziców. Jeśli nie chcemy, żeby nasze dziecko jadło słodycze, to zamiast narzekać i marudzić lepiej ich po prostu sami nie kupujmy i nie jedzmy. To od nas też zależy czy w naszym koszyku w sklepie lądują zdrowe i wartościowe pokarmy czy tzw. śmieciowe jedzenie.

Słodki smak, piękne opakowania i różne polepszające smak dodatki powodują, że do jedzenia niektórych rzeczy dzieci nie trzeba namawiać, podczas gdy zdrową marchewkę dziecko musi czasem spróbować kilka razy zanim w niej zasmakuje. Nie idźmy więc jako rodzice na łatwiznę.

Tym to sposobem, jako świadomi rodzice, szanujący granice swoich dzieci zostawiamy im samym zaspokajanie swoich potrzeb w zakresie odżywiania. Przestajemy je karmić na siłę, namawiać, nie nagradzamy za to, że zjadły obiad. I co z tego, powiedzą niektórzy, skoro babcia narzeka: zagłodzicie tego mojego wnusia, jak on się odżywia, co z was za rodzice.

Albo wraca dziecko z przedszkola i mówi: pani mi powiedziała, że "nie ma: nie smakuje" i że jak nie zjem to pójdę do maluchów. U mojego syna wisi w przedszkolu plan dnia, a w nim jest napisane: 12.00 - obiad, przełamywanie niechęci do nielubianych potraw. I co wtedy, Małgosiu?


20 grudnia 2009

Moje dzieci już dawno nie chodzą do przedszkola, a gdy chodziły, to na szczęście mogłam być spokojna, że nikt ich tam do jedzenia nie zmuszał. Z moich rozmów z rodzicami różnych przedszkolaków wynika jednak, że presja wywierana na dziecko przy jedzeniu w wielu tego typu instytucjach jest ogromna. Ostatnio na warsztatach, które prowadziłam na Woli ten temat też wypłynął.

Cóż, trzeba wzmacniać dziecko w tym, że zawsze ma prawo odmówić jedzenia, gdy nie ma na nie ochoty (nawet bez próbowania, bo przecież może nie odpowiadać dziecku zapach albo wygląd potrawy!), a z panią stanowczo, ale spokojnie porozmawiać.

Gorzej, gdy rodzice dziecka nie są w tej sprawie jego sojusznikami. Bo przecież taka pani w przedszkolu nie bierze się znikąd. Jest jednym z wielu przedstawicieli naszego gatunku, którzy są w stanie bezmyślnie powtarzać wywierające presję i krzywdzące dziecko słowa.

Jeśli chodzi o słodkości, to o zamiłowaniu do słodkiego smaku i jego funkcji pisałam niedawno w artykule o Mamoniach. Tak nas zabezpieczyła natura przed toksycznym pokarmem, że preferujemy słodkie pokarmy, które w stanie naturalnym nigdy nie są trujące. Tylko, co innego słodka marchewka czy jagoda, a co innego lody, czekolada mleczna i inne sztucznie wytworzone smakołyki. Tego natura niestety nie przewidziała.

Czytałam kiedyś o badaniach na szczurach, które w normalnych warunkach nigdy się nie przejadają, podobnie zresztą, jak każde inne zwierzę, nawet wtedy, gdy otrzymuje zbyt obfity posiłek. Ale badanym szczurom zaoferowano jedzenie sztucznie przetworzone, bogate w tłuszcz i cukier, takie jakie często współczesny człowiek wsadza do koszyka w supermarkecie. Efekt był taki, że szczury nie umiały się pohamować i zjadały o wiele za dużo, przejadały się.

Większość z nas w ten sam sposób na co dzień eksperymentuje na sobie i swoich dzieciach. Pewnie, że w dzisiejszym świecie trudno przeciętnemu zjadaczowi chleba całkowicie wyeliminować z diety wszystkie przetworzone produkty spożywcze, ale od czasu do czasu warto się zastanowić, co wkładamy do koszyka i czy przypadkiem nie głupiejemy od tego, jak te laboratoryjne szczury, które przestawały „pamiętać”, czego i w jakich ilościach tak naprawdę potrzebują do życia.

21 grudnia 2009

No Małgosiu,

Teraz to ty napisałaś coś takiego, że nic dodać nic ująć ;-). Spróbuję więc zamiast tego trochę podsumować. Okazuje się bowiem z naszej dyskusji, że bycie rodzicem nie jest aż tak trudne i niewdzięczne ;-) jak mogłoby się to wydawać. Nie trzeba koniecznie traktować wychowania jako ciężkiej pracy. Można zaufać dziecku i pozwolić mu, żeby o wiele ważnych dla siebie spraw zadbało samo. Że wiele "umiejętności", które zdobywają nasze dzieci jest bardziej kwestią dojrzewania niż treningu, a nawet jeśli jest to trening to niestety (a może na szczęście) dziecko musi trenować je samo, na własnej skórze.

Napisałyśmy więc o kontroli i samokontroli. O sikaniu, że najlepiej się nie wtrącać. I oczywiście o jedzeniu.

Teraz więc chyba przyszła pora, żeby jeszcze raz powtórzyć to, co napisałaś jakiś czas temu, że w każdej rodzinie potrzebna jest pewna doza lenistwa. A jako, że czas jest już mocno przedświąteczny to mam wrażenie, że warto żebyśmy i my sobie trochę poleniuchowały i odpoczęły od pisania. Dzięki temu z wielką przyjemnością po Nowym Roku porozmawiałabym z tobą o leniuchowaniu i o nauce dobrych manier, która jakoś mocno mi się z tym lenistwem wiąże ;).

Co ty na to? Agnieszka


23 grudnia 2009

Agnieszko,

bardzo chętnie o tym porozmawiam, tym bardziej, że często mi się wydaje, że grudzień, czy ogólniej mówiąc, w ogóle czas okołoświąteczny, to okres, w którym dzieci, szczególnie małe, są poszkodowane. Może więc się wydawać, że styczeń to trochę za późno, żeby o tym rozmawiać, ale lepiej późno niż wcale.

Tak więc teraz życzę Tobie i wszystkim Naszym Czytelnikom słodkiego, świątecznego lenistwa, a do rozmowy wrócimy, jak proponujesz, w styczniu, Małgorzata

poprzednia następna
22213