13 kwietnia 2009
Małgosiu,
i tak z czasu przedświątecznego zrobił się już prawie poświąteczny. Czy nie masz wrażenia, że wszelkie święta jakoś bardzo szybko mijają? Zwłaszcza kiedy jesteśmy tak zagonieni, że nie potrafimy się już cieszyć tym, że jakiś dzień jest inny niż pozostałe. Jak łatwo zlekceważyć wszelkie święta, rocznice, okazje. A przecież świętowanie jest nam bardzo potrzebne do życia. To ważne też dla dzieci: właśnie jesteśmy przed urodzinami (piątymi) Sergiusza i oczywiście tuż po Wielkanocy. To wprowadza w nasze życie pewien rytm i porządek. Jak trudno zwłaszcza dzieciom pokazać na czym polega prawdziwe ŚWIĘTOWANIE. Nie na objadaniu się (nie mówiąc o piciu), dyskusjach o niczym i grze pozorów, ale na byciu naprawdę blisko siebie, wsłuchiwaniu się w siebie nawzajem, spędzaniu ze sobą CZASU.
Bez przerwy spotykam kogoś, kto mówi, że nie lubi świąt. To chyba świadczy o wielkiej samotności osoby, która takie słowa wypowiada. I nawet wtedy warto chyba zrobić sobie jakieś święto. I zrobić samemu sobie prezent jak radzi Marysia L.
14 kwietnia 2009
Agnieszko,
a dzisiaj to już całkiem po świętach, ale na szczęście następne przed nami :-) Wszelkiego rodzaju święta są bardzo ważne, ale czas oczekiwania i przygotowań do nich jest nie mniej ważny.
Widzę, że zrobiło Ci się wczoraj pod wieczór refleksyjnie. Temu też właśnie powinny służyć święta. Może nawet przede wszystkim temu.
A ludzie, którzy mówią, że nie lubią świąt, to według mnie rzeczywiście w większości ludzie, którzy nie mają z kim tych świąt przeżywać, nie mają się w kogo wsłuchiwać i nie mają z kim dzielić się swoimi refleksjami. Czasami to ludzie osamotnieni w tłumie innych ludzi. Czasami mają wokół siebie całą wielką rodzinę, która jednak ma zupełnie inny pogląd na świętowanie.
Czy zgodzisz się ze mną, że prawdziwe świętowanie polega na spędzaniu tego czasu po swojemu, w taki sposób, który nam najbardziej odpowiada, choćby miał całkowicie się różnić od przyjętych powszechnie standardów? To chyba najlepszy prezent, jaki możemy sobie podarować. I ważne jest jeszcze, żeby móc ten czas radośnie z kimś dzielić, choćby z samym sobą :-)
Pozdrawiam okołoświątecznie, Małgorzata
15 kwietnia 2009
Małgosiu,
bierzmy się w takim razie do roboty...
Ciągle myślę o pewnej radiowej dyskusji, której obie się przysłuchiwałyśmy. Panie opowiadały w niej o tym jak oswajać dziecko ze sztuką. Gdzie można pójść coś fajnego robić ze swoimi dziećmi. Między innymi poruszyły też temat zajęć adaptacyjnych przed przyjęciem do przedszkola. Zawsze myślałam, że takie zajęcia są dla dzieci, które nigdy wcześniej na żadne zajęcia nie chodziły. Po to, żeby mogły się trochę oswoić przed przedszkolnymi stresami. A tu dwie zaproszone panie oświeciły mnie i słuchaczy, że takie zajęcia potrzebne są także dzieciom chodzącym do żłobka, ponieważ to w zasadzie taka PRZECHOWALNIA i dziecko musi się nauczyć jeszcze dużo żeby dać radę w przedszkolu.
Zaczęłam się zastanawiać, czy to ja zwariowałam...To tak jakby zajęcia adaptacyjne były czymś w rodzaju korepetycji dla trzylatków. Poza tym wydaje mi się, że nawet bywając w żłobkach od czasu do czasu trudno mi nazwać je przechowalnią. Chociaż jak wiesz nie jestem ich fanką i uważam, że nie są dla dzieci tylko dla rodziców.
Może dorzucisz swoje trzy grosze jako psycholog pracujący w żłobku?
16 kwietnia 2009
Cóż Agnieszko,
w moim przekonaniu wszelkiego rodzaju zajęcia adaptacyjne służą oswojeniu się dziecka z nową sytuacją. W przypadku zajęć w przedszkolu chodzi o to, żeby dziecko mogło poznać nowe otoczenie, w którym będzie od tej pory dużo przebywać. Na to otoczenie składają się zarówno sale i ich wyposażenie, jak i panie wychowawczynie oraz inne dzieci.
To dla wielu początkujących przedszkolaków zupełnie nowa i trudna sytuacja społeczna. Do tej pory, nawet gdy dziecko bawiło się w grupie rówieśników (np. na rodzinnym przyjęciu, czy na placu zabaw) to zawsze za plecami miało bliską osobę dorosłą. Wraz z rozpoczęciem kariery przedszkolnej trzeba nauczyć się radzić sobie bez rodziców, babci, dziadka czy ukochanej niani, odnaleźć się w dużej grupie rówieśniczej, a uwagę pani wychowawczyni dzielić z gromadą kolegów i koleżanek. To często też oswajanie dziecka z tym, że rozstaje się z mamą i tatą, aby po pewnym czasie znów się z nimi spotkać.
Jeśli chodzi o dzieci żłobkowe, to one te wszystkie doświadczenia mają już przerobione. Nie znaczy to jednak, że nie powinny uczestniczyć w zajęciach adaptacyjnych w przedszkolu. Wręcz przeciwnie, przedszkole to nowe miejsce i osoby, które trzeba poznać, a zmiana żłobka na przedszkole, jak każda zmiana w życiu wiąże się ze stresem. Zajęcia powinny ten stres złagodzić. Oczywiście w przypadku przeciętnego żłobkowicza stres będzie, właśnie z powodu jego doświadczeń, dużo mniejszy niż w przypadku przeciętnego dziecka, które trzy lata spędziło z mamą w domu.
Brzydko mówiąc absolwenci żłobków są już zaprawieni w boju, co znaczy tyle, że mają bogatsze doświadczenia, przede wszystkim, społeczne. Wiedzą, co to znaczy codziennie rozstawać się z rodzicami, co to znaczy spędzać większość dnia poza domem. Wiedzą, że do cioci też się można przytulić, gdy jest smutno, pochwalić się nowym osiągnięciem, podzielić radością, zdradzić sekret czy poskarżyć się, gdy coś boli lub gdy koleżanka dokuczyła. Wiedzą też, jak radzić sobie w towarzystwie innych dzieci, wiedzą, jak fajna jest z nimi zabawa, ale wiedzą też, że czasami można się pokłócić czy nawet pobić z kolegą o zabawkę, lecz świat się od tego nie kończy.
A czego jeszcze dzieci chodzące do żłobka miałyby się nauczyć na zajęciach adaptacyjnych w przedszkolu, żeby dać sobie radę, to naprawdę nie wiem, bo chyba nie pisać i czytać(?!). Zresztą wystarczy porozmawiać z nauczycielkami przedszkolnymi, żeby się dowiedzieć, jak dobrze ich zdaniem żłobkowicze są przygotowani do przedszkola. Bo oprócz bogatych doświadczeń społecznych, absolwenci żłobków są też bardziej samodzielni od przeciętnego trzylatka. Wszyscy też wiedzą, co to są kredki, farby, plastelina czy masa solna, nie wspominając już o bardziej wyrafinowanych materiałach plastycznych. A w domu czasem mama tego nie daje, bo tym się można ubrudzić, albo po prostu w ogóle nie wpadła na taki pomysł.
A nazywanie żłobka przechowalnią, no cóż.....może ktoś miał takie doświadczenia ze swoim dzieckiem i jakimś żłobkiem i ja z tym nie dyskutuję. Ale ten ktoś nie powinien się wypowiadać na temat wszystkich żłobków w ten sposób, bo krzywdzi zaangażowany i oddany swej pracy personel, rodziców, którzy z troską wybierają najlepsze ich zdaniem miejsce dla swego dziecka i same dzieci, które nie są na pewno zbędnym bagażem.
Z drugiej strony miejskie żłobki i przedszkola chyba w całym kraju,a szczególnie w Warszawie, pękają w szwach. Gdyby było ich więcej, a dzieci w grupie mniej, to na pewno, nawet te najlepsze, mogłyby być jeszcze lepsze. Ale cóż, to niestety nie psychologowie odpowiadają za politykę prorodzinną tego państwa.
Ale się rozpisałam! Usprawiedliwia mnie jedynie to, że jutro wyjeżdżam i przez całe dziewięć dni nie napiszę ani słowa. Więc jeszcze na koniec ustosunkuję się do twojego stwierdzenia, że żłobki są dla rodziców, a nie dla dzieci.
Muszę się z Tobą zgodzić. Żłobek jest z założenia instytucją zorganizowaną po to, żeby umożliwić rodzicom małych dzieci pracę. Jest więc dla rodziców. Ale tak się składa, że przebywają w nim dzieci. Wszystko więc, co dalej się z tym wiąże powinno być organizowane z myślą przede wszystkim o dzieciach i dla ich dobra. I w tym sensie żłobek jest/powinien być dla dziecka.
Już kończę i nie zadręczam więcej Ciebie oraz naszych czytelników sprawami żłobkowymi. A na czas mojej nieobecności jeszcze takie małe, podstępne pytanko: czy przedszkole jest dla dzieci czy dla rodziców?
Pozdrawiam serdecznie i do przeczytania w następną niedzielę, Małgorzata
20 kwietnia 2009
Małgosiu,
z twojej wypowiedzi wnioskuję, że rozumiesz zajęcia adaptacyjne jako adaptację do konkretnego przedszkola. W takiej formie jestem jak najbardziej za. W końcu każde dziecko ma prawo do poznawania nowego otoczenia w towarzystwie bliskiej mu osoby.
Jednak słuchając wspomnianej audycji odnosiłam nieprzeparte wrażenie, że nie o taką adaptację paniom chodzi. Robiło to na mnie bardziej wrażenie przyzwyczajania dziecka do bardziej wytężonej pracy umysłowej jaka zachodzi podobno w przedszkolu. I niekoniecznie miałoby się to odbywać w docelowym przedszkolu do którego będzie chodzić dziecko. I przeciw tak rozumianej adaptacji stanowczo protestuję.
Po pierwsze: przedszkolakowi przedszkole potrzebne jest przede wszystkim po to, aby nauczył się odnajdywać w grupie rówieśników pod opieką dorosłych innych niż rodzice. To o tym napisałaś jako o adaptacji. To ważne zadanie, ale naprawdę nie trzeba chyba aż tak poganiać dziecka, żeby oczekiwać, że pierwszego dnia mały przedszkolak już to będzie umiał.
Po drugie: podstawą dobrego startu w przedszkolu jest dobra więź z rodzicami, a nie "zaprawienie w bojach". Niektórzy rodzice wychodzą z niesłusznego założenia, że im dziecko młodsze tym łatwiej się "przyzwyczai" i wysyłają do żłobka trzymiesięczne niemowlęta. Dowodem na błędność tej tezy jest na przykład moje dziecko, które w wieku czterech i pół roku nie miało żadnych trudności z adaptacją w przedszkolu. I w tym sensie napisałam, że żłobek jest dla rodziców. Jeśli mama może sobie pozwolić, żeby nie pracować to uważam, że dużo więcej pożytku będzie miało dziecko, które zostanie w domu niż to wysłane do żłobka.
Po trzecie: rozwojowi dziecka najmniej sprzyjają zorganizowane zajęcia, kiedy trzeba siedzieć cicho i wykonywać polecenia. Najbardziej zaś swobodna zabawa. I to ona właśnie jest najbardziej potrzebna żłobkowiczowi, a częściowo i przedszkolakowi. To, że mądrzy (aż się prosi powiedzieć przemądrzali) dorośli organizują dziecku czas nie znaczy, że ono się więcej nauczy.
Na idei zaufania do dziecka i oddania mu możliwości sterowania własnym rozwojem oparte są między innymi przedszkola Montessori, gdzie dzieci "robią to na co mają ochotę", tylko mają dostęp do stymulującego środowiska.
Za bardzo chyba chcemy dzieciom organizować czas. Rządzić ich rozwojem. I już od samego początku z wspaniałej, przyjemnej i kształcącej zabawy próbujemy zrobić nudną, nieprzyjemną i bezproduktywną w gruncie rzeczy pracę.
Nawiązując do twojego artykułu - to na tym chyba polega różnica między wspieraniem i stymulacją.
Panie nazwały moim zdaniem żłobek przechowalnią, bo nie było w nim żadnych "rozwojowych" zajęć takich jak plastyka czy angielski, a dzieci się po prostu tylko bawiły.
26 kwietnia 2009
Agnieszko,
no i wymigałaś się od mojego prowokacyjnego pytania, czy przedszkole jest dla rodziców czy dzieci? Więc najpierw ja na nie odpowiem. Otóż według mnie przedszkole jest w podobny sposób jak żłobek instytucją stworzoną dla rodziców. Taka jest jego organizacja, godziny otwarcia, czas przebywania dzieci, zapewnienie im posiłków itp. Wszystko po to, żeby rodzice mogli spokojnie pracować. Oczywiście dzieci w wieku trzech, czterech i więcej lat, bardziej niż roczne potrzebują regularnego kontaktu z rówieśnikami, ale przecież kontakt z grupą rówieśniczą można zapewnić na 101 innych sposobów, w tym także pod opieką innych dorosłych niż najbliżsi.
Udała mi się za to inna prowokacja. Zawahałam się przez chwilę nad określeniem zaprawieni w boju, ale jednak uznałam, ze to dość dobrze obrazuje zdobywanie doświadczeń społecznych przez dziecko, czy to w instytucji, czy to pod okiem rodziców. Na wszelki wypadek, jeszcze krótko opisałam, co to dla mnie znaczy: w przypadku przeciętnego żłobkowicza większe doświadczenie społeczne niż doświadczenie jego przeciętnego rówieśnika wychowywanego w domu. Chyba z tym trudno dyskutować, prawda?
A tymczasem, próbujesz dyskutować. Piszesz, że podstawą dobrego startu w przedszkolu jest dobra więź z rodzicami, a nie "zaprawienie w bojach". W pełni się zgadzam z pierwszą częścią tej wypowiedzi (podstawą dobrego startu w przedszkolu jest dobra więź z rodzicami), ale nie widzę powodu dla którego bogatsze doświadczenia społeczne miałyby w dobrym starcie przeszkadzać, co zdajesz się sugerować. Dla mnie jedno i drugie ułatwia start w przedszkolu i oba mogą ze sobą współwystępować. Bo chyba nie próbujesz twierdzić, że dzieci wychowywane w żłobku mają gorszą więź z rodzicami niż te wychowywane w domu? Co więcej, ja sama twierdzę, że podstawą dobrej adaptacji w żłobku jest bezpieczna więź z rodzicami.
I nie sądzę wcale, że żłobkowicze mają przez całe życie jakąś przewagę nad rówieśnikami nie chodzącymi do żłobka. Ja tylko uważam, że młodemu człowiekowi, który ma bezpieczną więź z rodzicami, a dodatkowo spędził w żłobku rok lub dwa będzie w początkowym okresie kariery przedszkolnej trochę łatwiej niż rówieśnikom nie zaprawionym w bojach. Nie znaczy to oczywiście, że aby uniknąć stresów przedszkolnych należy dziecko posyłać do żłobka od najwcześniejszego niemowlęctwa. Ja tylko zauważam, że jeśli dziecko i rodzice pozytywnie przebrnęli przez doświadczenia żłobkowe, to przedszkole im już nie straszne.
Agnieszko i jeszcze gwoli ścisłości, Twój osobisty syn nie jest dowodem na błędność jakiejkolwiek tezy. Sergiusz jest co najwyżej żywym przykładem, że w wieku czterech i pół roku można nie mieć żadnych problemów z dostosowaniem się do przedszkola ;-)
A teraz przechodzimy do meritum. Oczywiście, że małym dzieciom lepiej służy zabawa swobodna (ostatnio jedna mama po rozmowie ze mną powiedziała, że będzie to powtarzać sobie jak mantrę ;-) niż nudne zajęcia, ale nie popadajmy w skrajności. Nie każda zorganizowana czy zaproponowana przez dorosłego zabawa musi być nudna i ogłupiająca. Na szczęście istnieją na tym świecie dorośli, którzy potrafią odnaleźć w sobie dziecko i którzy w dzisiejszym świecie nie zatracili jeszcze instynktu zabawy z własnymi (lub cudzymi) dziećmi. I warto ich w tym wspierać!
A to, że ktoś uważa, że dla dwulatka angielski jest bardziej rozwojowy niż zabawa, świadczy tylko o jego ignorancji. Żeby taki angielski miał jakikolwiek sens, to musi być zorganizowany w formie przyjemnej i radosnej zabawy. Dwulatek może się jednak świetnie rozwijać bez angielskiego, ale jeśli mu ograniczymy ruch i możliwość zabawy, to poważnie upośledzimy jego rozwój. Zabawa jest najbardziej naturalną aktywnością, dzięki której dziecko zdobywa wiedzę o sobie i świecie. Jeśli zaś chodzi o zorganizowane zajęcia, to w przypadku żłobka można chyba mówić o ich nadmiarze niż braku.
No i znowu się rozpisałam, ale dziewięć dni spędziłam na łonie przyrody, odcięta od wirtualnego świata, więc mi chyba wybaczysz ;-)
Pozdrawiam serdecznie, Małgorzata
| poprzednia | następna |