14 lutego 2009
...To co, zaczynamy rozmowę o przesądach na temat płaczu? Jeden już mamy, ten dotyczący przyczyn. Robimy listę dalszych?
Małgorzato,
oczywiście podejmuję wyzwanie. Pierwsza sprawa łączy się trochę z naszą dotychczasową rozmową. Jeśli chodzi o płacz to tu naprawdę chłopcy mają gorzej. Zaczynając od tego, że kiedy jeszcze dawano dzieciom klapsa tuż po porodzie, to chłopcy dostawali mocniej, poprzez fakt, że chłopięcy płacz częściej jest interpretowany jako wyraz złości i buntu, a na ogólnym braku przyzwolenia dla chłopców na to, żeby płakali kończąc.
Dzięki temu udało nam się osiągnąć sytuację, w której dorośli mężczyźni nawet kiedy są smutni to nie bardzo zdają sobie z tego sprawę, a już na pewno nie odważą się do tego przyznać.
Drugi przesąd jest taki, że płacz potrzebny jest człowiekowi tylko do momentu, kiedy nie nauczy się mówić. Potem powinien już przestać histeryzować a zacząć bez emocji relacjonować rodzicom swoje problemy.
A na koniec podzielę się z tobą Małgosiu jeszcze jedną obserwacją, tym razem trochę osobistą. Ilekroć moje dziecko rozpłacze się na ulicy (a jako, że mu wolno robi to czasami) zaraz znajdzie się jakaś, życzliwa pani lub pan, którzy próbują go "pocieszyć" - strasząc, zawstydzając itp. Zastanawiam się wtedy czy z równie szybką reakcją spotkałabym się gdybym lała Sergiusza na ulicy. Podejrzewam, że niestety nie.
Pozdrawiam cię ciepło i jednak z uśmiechem, Agnieszka
15 lutego 2009
No i jeszcze przekonanie, że gdy dziecko płacze, to zawsze trzeba znaleźć winnego. Historycznie winę zwykle przypisywano dziecku. W wiekach średnich płaczliwe niemowlę często uznawano za opętane przez złe demony. Niestety i współcześnie echo takich przekonań można odnaleźć w opiniach niektórych życzliwych doradców w bardziej zawoalowanej postaci: płacze, bo ma zły charakter, od początku trzeba go nauczyć moresu.
To zresztą było powszechne przekonanie w XVIII i XIX wieku. Nie mówiono już wtedy tak wyraźnie o małym diable i nie polewano natychmiast święconą wodą, ale generalnie w myśl purytańskiej doktryny grzechu pierworodnego traktowano dziecko jak małego dzikusa i wcielenie wszelkiego zła. Podstawowym zadaniem opiekunów było więc wyplenienie za wszelką cenę zła tkwiącego w dziecięcej naturze w celu ocalenia grzesznej duszy. Główną metodą wychowawczą w tamtych czasach było łamanie woli małego człowieka.
No i całkiem już współczesna wersja tego przesądu, że częstym braniem na ręce psuje się niemowlę, które potem już tylko manipuluje dorosłymi. Tu wina leży po stronie małego manipulanta, ale też w znacznym stopniu po stronie nieodpowiedzialnych rodziców. Tak jak napisałam na wstępie: ktoś zawsze musi by winien. Dziecko płacze, bo jest rozpieszczone. A kto go rozpieścił? Oczywiście rodzice ;-)
Stąd te wszystkie pomysły, żeby przetrzymać płaczące niemowlę i zostawić samemu sobie. A to niestety metoda, która wytrwałym i mniej wrażliwym rodzicom się sprawdza. Dziecko w końcu przestaje płakać i przy pewnej konsekwencji rodziców płacze za każdym razem coraz mniej i mniej, aż w końcu się uczy, że nie ma co liczyć na pocieszenie i, co gorsza, nie znajduje wzorców do skutecznego samouspokajania. Bo tych wzorców powinni dostarczać najbliżsi konsekwentnie pocieszając płaczące niemowlę. Mózg takiego małego dziecka nie jest jeszcze dostatecznie rozwinięty, żeby samodzielnie poradzić sobie z cierpieniem.
Można przekonać rodziców i nauczyć dziecko, że płacz to jest coś złego, ale doświadczenia wielu ludzi i współczesna nauka pokazują nam, jak ogromne są tego koszty dla życia jednostki.
Na szczęście zawsze istnieli na świecie rodzice, którzy wbrew różnym autorytetom ulegali instynktowi pomagania i pocieszania malucha. I chwała im za to!
I tym optymistycznym akcentem kończę na dziś swoje wywody i serdecznie Cię pozdrawiam, Małgorzata
Małgosiu!
A słyszałaś kiedyś, że dziecko może płakać, bo jest "schynięte"? Nawet nie jestem pewna jak to się pisze. Smaruje się je wtedy masłem i robi inne dziwne rzeczy - to taki lokalny przesąd z dawnego woj. radomskiego.
A trochę poważniej - nie mówiłyśmy jeszcze nic o przekonaniu, że dziecko, kiedy płacze ćwiczy sobie płuca. W związku z tym niektórzy uważają, że jak dziecko nie płacze, nie nauczy się mówić. Inna sprawa, że sytuacja, gdy rodzice natychmiast zamiast pocieszyć dziecko i wesprzeć starają się je uciszyć nie sprzyja komunikacji między nimi.
A swoją drogą reakcja emocjonalna na płacz małego dziecka jest u nas wrodzona. Dorośli a nawet dzieci tak silnie czują potrzebę pocieszenia malucha, że trzeba chyba mieć nerwy ze stali, żeby nie zwracać na płaczące dziecko uwagi.
A co powiesz na to, że dziecko może płakać specjalnie i na złość?
Agnieszko,
o dzieciach sychniętych nic wcześniej nie słyszałam, ale to piękny eksponat do naszej kolekcji.
A jeśli chodzi o płuca, to nie ma chyba osoby, która by chociaż raz się z taką teorią nie spotkała. Tymczasem już w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku przeprowadzono badania, z których wynika coś wręcz przeciwnego. Jeśli płaczące dziecko nie spotyka się z troskliwą reakcja opiekunów, to narasta u niego stres na poziomie psychologicznym i fizjologicznym. Następuje przyspieszenie rytmu serca i zmniejsza się stężenie tlenu we krwi. Płacz nie ćwiczy płuc, ale przesąd brzmi naukowo i się w świecie szerzy.
Płakanie specjalnie i na złość zaliczyłabym do kategorii mały manipulator. I oczywiście to się zdarza, ale nie we wczesnym niemowlęctwie, tylko dużo później i na ogół wtedy, gdy rodzice niezbyt konsekwentnie udzielają małemu płaczącemu człowiekowi pomocy. Jeśli rodzice traktują dziecko i jego odczucia poważnie, to ono nie ma powodu i okazji, żeby kimkolwiek manipulować przy pomocy płaczu.
A co Ty sądzisz na ten temat?
Myślę Małgosiu, że można sobie wychować małego manipulanta stosując się do rad z niektórych poradników. Trafiłaś kiedyś na coś takiego, że nie należy lecieć do dziecka kiedy tylko zakwili, tylko trzeba zaczekać aż się porządnie rozpłacze? Bo ja wiele razy. Dzięki temu dziecko już niemal od urodzenia uczy się, że delikatne prośby nie skutkują, trzeba płakać.
Wersja dla przedszkolaków wygląda tak, że rodzice na wszystko mówią nie, póki dziecko się nie rozpłacze. Wtedy dla świętego spokoju ustępują. Po jakimś czasie takiego treningu dziecko rzeczywiście zaczyna płakać jakby na zawołanie, bo to jedyny sposób, żeby ktoś uwzględnił jego potrzeby.
Z drugiej strony rzeczywiście nie warto zgadywać potrzeb i życzeń dziecka jeszcze zanim ono samo nam ich nie zakomunikuje, bo w miarę rozwoju nasz maluch powinien mieć coraz więcej okazji do porozumiewania się z nami. Po co mówić "daj" jeśli mam wszystko w zasięgu ręki, albo "jeść" skoro jestem karmiony zanim poczuję głód?
Kolejną szeroką kategorią są przesądy związane z pocieszaniem. Pierwszy z brzegu, że jak powiemy nie płacz albo nie martw się to dziecko zaraz poczuje się lepiej. A już na pewno powinno nam uwierzyć na słowo kiedy mówimy mu, że nie ma powodu by płakać.
Dodasz do tego coś od siebie?
16 lutego 2009
Agnieszko,
z tymi poradnikami problem polega na tym, że ktoś próbuje tworzyć algorytmy postępowania zapominając, że każde dziecko to niepowtarzalny człowiek ze swoimi własnymi potrzebami i uczuciami, a opieka nad nim to nie gotowanie zupy z przepisu w książce kucharskiej. W efekcie mamy do czynienia z takimi kuriozalnymi zaleceniami, o jakich wspominasz.
Oczywiście czasami, szczególnie starszemu dziecku należy dać możliwość samodzielnego uspokojenia się, jeśli czujemy, że nie wiąże się to ze zbyt dużym stresem dla niego (a raczej tylko z lekkim dyskomfortem) i ma ono szansę dobrze sobie z tym poradzić. Ale musimy przy całej naszej wrażliwości na potrzeby dziecka mieć przekonanie, że ono naprawdę da sobie radę i jeszcze na tym zyska. Da sobie radę czyli dość szybko i sprawnie znajdzie jakieś ukojenie czy rozrywkę, a nie rozryczy się w głos.
Nie reagowanie tylko dlatego, że według poradnika płacze za cicho, albo jeszcze za krótko, jest absurdalnym pomysłem. To właśnie nasze szybkie i czułe reakcje na płacz dziecka przez pierwsze miesiące jego życia, dają mu siłę, żeby wraz z wiekiem samemu coraz lepiej radzić sobie z różnymi bolączkami.
Branie dziecka na ręce, przytulanie go, dawanie wsparcia, kiedy marudzi, to nie jest rozpieszczanie. To dla malucha cenna lekcja na przyszłość, jak samemu w sobie znajdować siłę i spokój w trudnych sytuacjach.
Nie należy przy tym zapominać, że rodzicielstwo polega też na tym, aby towarzyszyć dziecku w dobrych chwilach. Być przy nim i zwracać na nie uwagę również wtedy, kiedy nie płacze, jest w dobrym nastroju i świetnie się bawi, a czasem bawić się wraz z nim.
A co do pocieszania, to dodaj do listy nic się nie stało. To najbardziej pokrętne pocieszenie jakie znam. Nie wiem, kto i jak dawno je wymyślił, ale niewątpliwie zrobiło ogromną karierę. Wiele ludzi stosuje je niemal automatycznie, nie zastanawiając się w ogóle nad sensem tego komunikatu dla dziecka. A to przecież zaprzeczanie zdarzeniom (bo właśnie coś się stało) i uczuciom, jakie to w dziecku wywołuje. Ciekawe ilu dorosłych lubi, żeby im w chwilach zmartwienia mówić: nie płacz, nic się nie stało. Czy kogoś może to naprawdę pocieszyć?
Trzymaj się ciepło, Małgorzata
18 lutego 2009
A co powiesz o takim przekonaniu, że dziecko które płacze jest niegrzeczne? A jeżeli jest trochę starsze niż przedszkolak, to że jest może nawet niezupełnie normalne.
Nie żartuję. Ostatnio w rozmowie z dzieciakami (początek szkoły podstawowej) powiedziałam, że ja też czasem płaczę. Nie uwierzyłabyś jacy byli zaskoczeni.
I kolejne z tej serii, że płacz jest czymś czego należy się wstydzić. Dorosły nawet jeśli czasem płacze to często wstydzi się do tego przyznać. A zawstydzanie: jaka beksa, taki duży i płacze, to bardzo popularny sposób dorosłych na płacz dzieci. Tego już nawet nie można nazwać pocieszaniem. Nie ma tu nawet pozorów tego, że chcemy żeby dziecko się lepiej poczuło.
Warto, żeby rodzice pamiętali, że przeżywanie i wyrażanie smutku i innych uczuć nie jest przejawem złego wychowania tylko tego, że naprawdę jesteśmy ludźmi. Nasze uczucia są nam potrzebne po to abyśmy sami potrafili o siebie zadbać a także abyśmy w przyszłości potrafili dbać o innych. Można wprawdzie wytrenować dziecko, żeby nie okazywało złości czy żalu, ale równocześnie pozbawiamy je przeważnie wrażliwości na innych ludzi i umiejętności wchodzenia w głębsze relacje.
A czasem paradoksalnie dziecko nazywane beksą zaczyna zgodnie z naszym przekonaniem funkcjonować czyli... płacze coraz więcej.
19 lutego 2009
Agnieszko,
niestety bardzo często zdarza się, że płaczące dziecko utożsamiane jest z niegrzecznym dzieckiem, ale rzadko dorośli mówią o tym wprost. Wydaje mi się, że dużo częściej mamy do czynienia z przekazem zakamuflowanym. Sama dzisiaj słyszałam, że Adaś był bardzo grzeczny, bo co tam, coś tam ... i wcale nie płakał. To miało być pochwałą, ale jednocześnie sugerowało, że gdyby jednak Adaś płakał, to nie byłby już tym samym grzecznym chłopcem. Z powodu jednego takiego sformułowania nie ma co rozdzierać szat, ale jeśli Adaś usłyszy podobny komunikat jeszcze wiele razy, to nabierze przekonania, że wyrażanie uczuć jest niegrzeczne.
A niestety małe dzieci z czymś takim spotykają się nagminnie. Czy to w autobusie, czy w poradni, często słyszę komentarze opiekunów kierowane do dzieci widzisz, jak dzidzia płacze, Ty nie płaczesz, Ty jesteś grzeczna/y . Mnóstwo ludzi ma problemy z jasnym powiedzeniem, że dzidzia płacze, bo jest smutna, zmęczona, głodna, zaniepokojona, wystraszona, chce, żeby ktoś ją przytulił itp. Łatwiej dorosłym to wszystko wrzucić do wora z niegrzecznością. Smutne, ale prawdziwe.
Ale to chyba już nie do końca mieści się w naszej kategorii przesądów. Umieściłabym to raczej pod hasłem: ostry społeczny trening prania mózgu, pozbawiania dzieci wrażliwości i empatii.
Podobnie jest ze wstydem. I znów Ci powiem, że mężczyźni mają gorzej, bo przecież wszyscy wiedzą, że chłopaki nie płaczą, a beksa to jest zwykle lala.
I dodam jeszcze do tego, że ja osobiście uważam, że jak mężczyzna popłacze się ze wzruszenia na filmie czy przy innej okazji, to mogę mieć pewność, że mam do czynienia z czułym, wrażliwym człowiekiem, a nie jakimś cyborgiem.
To oczywiście dotyczy też kobiet, ale im zwykle pozwala się przynajmniej na odrobinę płaczu, więc generalnie trochę mniej się tego wstydzą i trochę na więcej sobie z tym płaczem pozwalają. Przez to też lepiej mogą sobie radzić ze stresem, bo jak stwierdzono wraz ze łzami wydalane są z organizmu katecholaminy zwane inaczej hormonami stresu, które wpływają na układ nerwowy. Płacz może więc być naturalnym sposobem przywracania zestresowanego organizmu do równowagi.
I to by było na tyle, Małgorzata
20 lutego 2009
A mi ciągle przychodzą do głowy nowe przesądy. Kolejny, też mam wrażenie trochę z poradników dla rodziców, to pomysł, aby płaczące dziecko czymś zabawić, odwrócić jego uwagę.
W przypadku małych dzieci może to nawet działa, ale bez względu na wiek wydaje mi się to brakiem szacunku dla drugiego człowieka. Wyobraź sobie sytuację, że przychodzisz do przyjaciela opowiedzieć jak ci ciężko a on cię pociesza: zobacz jakie ładne słoneczko, a tam ptaszek leci - idiotyczne. Pokazujemy w ten sposób dziecku, że nie traktujemy jego i jego uczuć poważnie. Mało tego, wydaje mi się, że dziecko może poczuć się wtedy zagubione.
Drugi sposób pocieszania, którego nie trawię to: na płacz - coś słodkiego, wciskane natrętnie zanim dziecko będzie miało szansę wyrazić to co czuje, tak jakby niektórzy bali się tego, że dziecku jest smutno. To prosta droga do wychowania człowieka, który każdy swój problem będzie zajadał zamiast go rozwiązywać.
W ogóle fajne porównanie znalazłam w "Naukowcu w kołysce". Autorzy piszą tam, że niektóre porady wychowawcze przypominają swoją nietrafnością i tym jak bardzo są bezsensowne puszczanie pijawek i inne podobne praktyki średniowiecznej medycyny.
23 lutego 2009
No nareszcie, mogę się z czymś nie zgodzić, więc jest okazja do porządnej dyskusji. Do tej pory, ja a, a Ty aaa, Ty be, a ja bebebe. Zaczynało już być nudno, a z nudów też można płakać, szczególnie, gdy jest się małym dzieckiem. Dlatego całkowicie się nie zgadzam na nazywanie przesądem zabawiania płaczącego (z nudów) dziecka.
Uważam również, że odwracanie uwagi od źródła smutku jest w wielu sytuacjach niezłym sposobem wsparcia dziecka. To aktywizowanie systemu ciekawości eksploracyjnej w jego mózgu. Nie musi wiązać się z brakiem szacunku dla malucha i jego uczuć. To może być niezła lekcja na przyszłość, aby nadmiernie nie koncentrować się na smutkach, problemach, niepowodzeniach.
Oczywiście, jeśli udajemy przed dzieckiem, że nie dostrzegamy jego trudnych uczuć i próbujemy mu za wszelką cenę wmówić naszym zachowaniem, że nic się nie stało, a ono nie przeżywa tego, co właśnie czuje i w ogóle nie ma powodu do smutku czy płaczu, to nasze zachowanie wobec dziecka jest nie w porządku. Odbieramy mu szansę zrozumienia, co się z nim samym dzieje. Okaleczamy go w ten sposób emocjonalnie.
Zawsze warto najpierw dać dziecku sygnał, że dostrzegamy i rozumiemy jego trudne uczucia, że jesteśmy przy nim i chcemy mu pomóc. Już to może być wystarczającym wsparciem i pociechą dla płaczącego malucha. Ale czasem trzeba przytulić, albo zwrócić uwagę na coś, co wiemy że dziecko zainteresuje, rozśmieszy.
Każde płaczące dziecko w różnych sytuacjach może potrzebować innych sposobów ukojenia cierpienia. Grunt to pamiętać, że płacz, jest komunikatem, który nas o czymś informuje. Jeśli będziemy się starali za wszelka cenę uspokoić płaczącego malucha, nie próbując zrozumieć przyczyn jego płaczu, to tracimy cenną szansę na nawiązanie z nim dobrego kontaktu emocjonalnego.
Agnieszko, rozumiem że nie chciałabyś, żeby Twój przyjaciel ignorował Twoje troski i uczucia, ale jeśli czasem uda mu się Ciebie rozbawić z całym szacunkiem i zrozumieniem dla Twojego smutku, to chyba lżej Ci się robi na duszy? Czyż nie?
A teraz rozprawmy się z jedzeniem. Czasem fajnie polepszyć sobie humor czekoladką (któż tego choć raz w życiu nie robił!), ale jeśli to nasz stały i jedyny pocieszyciel, to rzeczywiście można wnioskować, że w przeszłości nasi bliscy reagowali w ten sam stereotypowy sposób (np. pierś w usta niemowlęcia, albo coś słodkiego dla przedszkolaka) na wszystkie nasze zmartwienia niezależnie od ich przyczyny. Tu się z Tobą całkowicie zgadzam.
Pamiętajmy, że może być wiele powodów płaczu i wiele sposobów wsparcia płaczącego człowieka. Zasadniczo żaden z nich sam w sobie nie jest zły (no chyba, że mamy do czynienia z czynem karalnym, ale to już chyba wykracza poza definicję dawania wsparcia ;-). Jeśli jednak bezrefleksyjnie stosujemy w każdym wypadku, niezależnie od okoliczności jeden uniwersalny wyciszacz małego płaczącego człowieka, to znak, że pora się poważnie zastanowić, jaki komunikat mu przekazujemy.
Niestety muszę się z tobą zgodzić :), i chyba zaproponować następny temat...
Agnieszka
| poprzednia | następna |